Twitter

.:EVENTY:.

Trwa teraz event pt. "Parada dusz"
Zainteresowanych zapraszam tu: KLIK

.:POGODA:.

Dni stają się coraz dłuższe, a noce krótsze. Cieplejsze dni zawitały do nas, a zimniejsze odeszły daleko daleko stąd. Cała przyroda została już praktycznie obudzona, kwiaty na drzewach i łąkach zaczęły rozkwitać, widać ciężarną zwierzynę co zapowiada ich przetrwanie gatunku a dla nas wspaniałe pożywienie. Wiosna jest okresem częstych deszczy, słonecznych dni, a także wiecznych. Pogoda potrafi się szybko zmienić w ciągu dni, dlatego trzeba być przygotowanym na wszystko. Wiosna to doskonały okres aby poznać swojego przyszłego partnera lub partnerkę, z którą spędzimy możliwe i całe nasze życie.

.:SKYPE:.

Chcesz z nami pogadać na skype? Nie ma problemu! -> KLIK
Jeżeli klikniesz ten link na górze, przeniesiesz się na skype jedynie z możliwością pisania na czacie.
Jeżeli jednak chcesz porozmawiać z nami, z głosem ale bez kamerek, to śmigaj na Skype/zainstaluj Skype i zaproś do znajomych Amerę(Skype -> Amera Castelss), a Amera doda Cię do grupy.
Jak na razie z rozmowy skorzystali: AmeiS, Amera, Lexie, Dannyl, Raven, Luka, Tiago, Xerda oraz Slake!

.:INNE:.

Chcesz coś zmienić w watasze? Oceń Eternal Wolves i powiedz nam czego oczekujesz! -> KLIK

Pamiętaj, aby obserwować nas na Twitterze! Ikonka Twittera znajduje się po prawej stronie od loga watahy!

Czegoś nie rozumiesz? Może chcesz zadać pytanie na asku? -> KLIK

.:KONTAKT:.


AMERA - Adminka
(zmniejszona aktywność)
Doggi - Ali010612
Howrse - Ali010612
Gmail - Sieralioness222@gmail.com
GG - 48141426
Skype - America Castelss

RITSU - Moderatorka
Doggi - lisia98
Howrse - lisia98
Gmail - lisia9855@gmail.com

SHIRO - Moderator
Doggi - cocolino98
Howrse - timenta
Gmail - korzystam z Ritsu gmaila

LEXIE - Moderatorka
(zmniejszona aktywność)
Howrse - Aleksa2003
Gmail - lexie.black01@gmail.com

RAVEN - Moderatorka
Howrse - Fugitive Raven
Gmail - fugitiveraven@gmail.com

.:WYŚWIETLENIA:.

.:WILCZE POGADANKI:.

Pogadaj z nami anonimie jeżeli chcesz :3 Nie zmuszamy, ale miło by nam było gdybyśmy się zapoznali :D

Od Alcaliego do Proserpine

Data:
27 września 2017
Komenatrze:
Brak komentarzy
- Alcali, przestań.- powiedziała cicho Elentiya, gdy kopnąłem już przytomnego mężczyznę. Wymierzyłem mu jeszcze jednego kopniaka w głowę, nie będzie nic pamiętał- wystarczy wmówić, że to Melairene. Ona wiedziała za dużo, a za duża wiedza oznacza kłopoty.
- Proszę. Zostaw go już.- białowłosa złapała mnie za rękę. Spojrzałem na nią przelotnie i podniosłem ciało białowłosego, łapiąc go za gardło.- Stój! Przestań!
Przewróciłem oczami, zabicie tego łajdaka nie będzie na miejscu. Miała pod tym w zględem całkowitą rację, lecz raczej nie robiła tego ze względu na mnie. Rzuciłem go więc na ziemię.
- Anach kyree.- wydusiłem przez zęby. Było to typowe przekleństwo w naszym języku, równoznaczne z tutejszym łajdakiem. Obróciłem się następnie w stronę Elentiyi i wyciągnąłem rękę w jej kierunku. Dziewczyna skuliła się delikatnie, a gdy tylko otarłem jej łzę z policzka, jej oczy wyrażały zdumienie.
- A więc...- zacząłem.- Bądź tak uprzejma i spróbuj przemyśleć następujący problem - na co by się zdało twoje dobro, gdyby nie istniało zło, i jak by wyglądała ziemia, gdyby z niej zniknęły cienie? Przecież cienie rzucają przedmioty i ludzie. Ale są również cienie drzew i cienie istot żywych. A może chcesz złupić całą kulę ziemską, usuwając z jej powierzchni wszystkie drzewa i wszystko, co żyje, ponieważ masz taką fantazję, żeby się napawać niezmąconą światłością? Jesteś głupia. Zło musi istnieć i choćbyś chciała, nie zatrzymasz jego czynów.- uśmiechnąłem się jadowicie.
Spojrzałem w ciemną noc, oświetloną jedynie światłem księżyca. Nagle na horyzoncie pojawiły się steki, a może i nawet tysiące czerwonych punktów, powietrze nasycił mocny zapach, przypominający dym, a nawet z takiej odległości słychać było trzepot skrzydeł.
- Alcali? To ty?- zapytała Elentiya.
- Niestety nie.- powiedziałem.- Idź do środka i ostrzeż wszystkich. Sojusz ma być podpisany, muszę znać skład i układ ich armii.- popchnąłem dziewczynę w stronę wejścia do sali. Białowłosa ruszyła przed siebie, a ja na wszelki wypadek wyciągnąłem sztylet, otoczony czarnym blaskiem.

Proserpine?

Od Vertusa do Melairene

Data:
24 września 2017
Komenatrze:
Brak komentarzy
Pobiegłem za Melairene i złapałem ją za rękę, po czym przyciągnąłem ją do siebie, obejmując w talii.
- Zostań, proszę.- powiedziałem, patrząc kobiecie w oczy.
Złotowłosa jedynie uśmiechnęła się delikatnie.
- Choćbym miał cię tam zaciągnąć siłą, pójdziesz ze mną. Albo ja za tobą.- delikatnie pocałowałem ją w usta.
- A co z Nevanem?- zapytała, odsuwając się.
- Nie przypadł Alcaliemu do gustu, nie waży się podskoczyć.- oznajmiłem, uśmiechając się. Melairene spojrzała na mnie z kpiącą miną.- Zna swoje sposoby.- ponownie musnąłem jej wargi.
Następnie złapałem ją za dłoń i delikatnie pociągnąłem w stronę sali balowej. Dopiero gdy wmieszaliśmy się w tłum, puściłem jej rękę. Kobieta od razu skierowała się w stronę stołu, a ja ruszyłem do Alcaliego, opierającego się o ścianę i rozmawiającym z Elentiyą oraz dwoma demonami.
- Gdzie ten skurwysyn?- zapytał, gdy zbliżyłem się na tyle, by nikt go nie usłyszał.
- Na zewnątrz, chyba śpi.- odparłem, także opierając się o ścianę.
Alcali wyciągnął rękę do Elentiyi, a gdy białowłosą ją ujęła, opuścili salę. Cały bal zapowiadał się dosyć nudnawo, więc odwróciłem się w stronę jednego ze strażników.
- Revos ill ot mordanas archim maz naztheros?- zapytałem.
- Riftuuz e thara samanar utamus.- odparł sztywno. Wspaniale, typ będzie gadał tylko z królem.
Oficjalnie nie byłem zaproszony, miałem służyć jedynie jako jeden ze strażników, więc nie mogłem przysiąść się do stołu, nie mogłem skosztować prawdopodobnie nic z wystawionych smakołyków. Nagle mój wzrok natrafił na kobietę w białej sukni, sprawiającą tak samo nudne wrażenie jak ja. Uśmiechnąłem się do niej pokrzepiająco, a ta odpowiedziała mi tym samym. Westchnąłem, krzyżując ręce na piersi.

Melairene? OMEGE naprawdę nie wiedziałam co napisać

Od Melairene do Vertusa

Data:
21 września 2017
Komenatrze:
Brak komentarzy
   Od pojawienia się nowego przybysza charakter balu diametralnie się zmienił. Wszyscy zaczęli się podejrzewać o to, kim mogą być te tajemnicze kobiety należące do zakonu, którym przecież dowodził mężczyzna. Białowłosy natychmiast po spotkaniu z liderką wmieszał się w tłum, więc muzyka popłynęła z powrotem swoim rytmem. Niby wszyscy dalej ruszyli w taniec, ale każdy ukradkowo zerkał za wielkim mistrzem. Prędzej czy później musiał stanąć przy mnie po tym, jak zdezorientował całe towarzystwo rozmowami z obcymi kobietami. Pewnie z połową już się umówił po balu do łóżka, cały cholerny Nevan.
- Byłaś chociaż przez kilka sekund zazdrosna? - załagodził te słowa tym samym pół uśmiechem, na który kiedyś dawałam się nabierać.
- O ciebie? Jesteś gorszy od wszystkiego, co mnie w życiu spotkało w postaci płci przeciwnej. Jedyne, czego mogę ci zazdrościć to tego, że stać cię było na szybsze okręcenie wokół palca całego Trybunału, a potem Rady. - odwarknęłam, nie używając w najmniejszym stopniu zasad etykiety.
- Przestań mi już tak schlebiać, przecież wiesz, że nie zrobiłbym tak wiele bez ciebie...
   Zacisnęłam dłonie w pięści, czując, jak wbrew mojej woli pokrywał je metal, aby posłać temu kretynowi prawy sierpowy w ten prosty, szlachecki nosek.
- Pewnego dnia zakończy się twoja kadencja. - odbiłam piłeczkę, mając nadzieję, że da mi spokój.
   Odeszłam celowo od niego na trzy kroki, by wziąć od kelnera kieliszek wódki, który wypiłam jednym haustem. Nevan wziął drugi z tacy i zrobił dokładnie to samo z szerszym uśmiechem, a do tego nie skrzywił się po wypiciu.
- Zatańczymy?
- To będzie twój ostatni taniec, wielki mistrzu.
- Właśnie za to cię uwielbiam, Melairene. - przyjrzał mi się z dziwnym błyskiem w oku. -Stawiasz się bez cienia lęku, dlatego potrafisz wygrywać. Brakowało mi tego pod twoją nieobecność w zakonie.
   Uniosłam wysoko podbródek, kiedy prowadził mnie na parkiet. Byłam pewna co do tego, co zaraz miało się wydarzyć. Nie pozostawiałam mu żadnych wątpliwości, on też już wiedział. Dołączyliśmy do wszystkich par, udając doskonale zgrany duet.
- Och, ćwiczyłeś od ostatniego razu. - zauważyłam znacznie większą pewność w tym, jak mnie obracał, czy ujmował dłoń. - Za sprawą większej ilości nałożnic, czy dlatego, że po ostatnim powiedziałam ci, iż mnie ośmieszyłeś przed całą rzeszą czarnoksiężników?
   Prychnął, wyraźnie wbiłam mu sztylet tam, gdzie nie powinnam.
- Ćwiczyłem, ponieważ nie godzi się na moim stanowisku taki nietakt, moja droga.
- "Twoja droga" skończyła się pięć lat temu.
- A co? Zdobyłaś już nowego w swoje szpony? - wbiłam mu paznokcie w ramię, usłyszawszy te pytanie.
- Nawet gdyby, na pewno miałby w sobie więcej honoru, niż ty kiedykolwiek. - wyszeptałam mu z uśmiechem do ucha, co mogło wyglądać tak, jakbym właśnie z nim flirtowała.
   W jego oczach pojawiły się pioruny miotające wszystko na swojej drodze. Zaśmiałam się złośliwie, wkładając w to wystarczająco dużo jadu, by dodatkowo go jeszcze bardziej rozsierdzić. Gdy pojawiliśmy się wystarczająco blisko wyjścia z sali balowej, popchnęłam go w odpowiednią stronę, żeby znaleźć się z nim sam na sam z dala od niepotrzebnych gapiów.
- Czekałam na to cholerne pięć lat, Nevan... - poruszałam ustami w rytm tych słów, jednak nie wydałam z siebie żadnego dźwięku. -...żeby móc odpłacić ci pięknym za nadobne.
   Natychmiast użył swojej mocy, by zmaterializować swoją aurę na kształt dziesiątek strzał wysłanych w moją stronę ze srebrzystego dymu. Byłam od nich znacznie szybsza, kiedy poruszałam się z prędkością niepodobną do tej, jaką mają demony podczas biegu na wysokim obcasie. Kilka wymierzonych w moje serce przecięłam szponami z metalu, w które zamieniły się moje palce. Kiedy pojawiłam się wystarczająco blisko niego, zmyliłam go, odbijając się zwinnie od ściany, by nabrać rozpędu, aby ostatecznie go powalić i unieruchomić pod sobą. Dotknęłam jednym ze pazurów jego podbródka, aby spojrzał na mnie przed swoją marną śmiercią. Prosto mi w oczy. Kilka sekund mojej zwłoki pozwoliły mu zrzucić mnie z siebie wysoko w powietrze, mogłam wówczas wykonać pełny obrót i stanąć z powrotem na ziemi ze kocią zwinnością, lekko się pochylając do kolejnego ataku.
- Ty też ćwiczyłaś... - przyznał, pocierając tył karku, który uprzednio mu wbiłam w posadzkę zamku.
   Przekręciłam głowę.
- Tylko trochę.
   Ponownie na siebie ruszyliśmy, nadal nie znając swoich prawdziwych możliwości. Sparing na pięści poszedł nam jak za dawnych czasów, chociaż celowałam w miejsca, które kiedyś były dla niego słabe. W końcu złapał mnie za nadgarstek, próbując mi go wykręcić, lecz wybiłam się z nóg, oplatując nimi natychmiast jego szyję po szybkim podskoku. To go zdezorientowało na tyle, że go puścił żeby za nie złapać i mnie z siebie zrzucić podobnie, jak poprzednio, ale ze względu, iż poznałam już tamten jego chwyt, postanowiłam się okręcić w drugą stronę, powalając go zmianą strony, na którą przypadł mój ciężar. Grawitacja zrobiła resztę. Ponownie leżeliśmy przez chwilę na podłodze. Wkrótce z jego rękawa wyłoniło się ostrze, które śmignęło zbyt blisko mojej szyi. Poczułam, jak spływała mi ciepła krew na dekolt, po czym zacisnęłam mu dłonie na jego tchawicy, podduszając go, a kolanami wbijając się w jego klatkę piersiową. Stracił dech, opadły mu wszystkie kończyny na raz z bólu. Wykorzystałam to, zaciskając dłonie mocniej i zrywając go do pionu z siłą samego mężczyzny równego jemu. W tym samym momencie poczułam, jak coś ostrego wbija mi się w ramię. Stanęłam na nogach tylko po to, żeby się pode mną załamały.
- Zatrute ostrza wyszły z mody dawno temu... - splunęłam mu na buty, kiedy klęczałam.
- Tylko takie prochy mogą cię uspokoić w trakcie furii, moja droga.
- Zabierz od niej łapska. - z tyłu, zza mnie pojawił się dodatkowy głos, którego się nie spodziewałam.
   Obejrzałam się z szokiem na Vertusa stojącego samotnie w korytarzu po drugiej stronie. Sądziłam, iż będzie tak zajęty swoją białowłosą towarzyszką z domu, że nie zauważy nawet mojego zniknięcia.
   Myliłam się. Chyba nigdy wcześniej nie sprawiło mi to aż tyle radości...
- Za kogo ty się niby uważasz, żeby mi...
   Pstryknęłam i ciało Nevana opadło z cichym łomotem na posadzkę bezwiednie. Zasnął snem, który kontrolowałam z łatwością, zaskakując mężczyznę za mną. Nie spodziewał się po mnie takiej zdolności. Cóż, to był zapewne początek moich niespodzianek dla niego i vice versa. Wstałam z klęczek, otrzepując suknię oraz poprawiając przycięte ramiączko przy lewym ramieniu, nieco odsłaniającym mi ciała. Podeszłam do demona spokojnym krokiem, jakby między nami właściwie nic się przedtem nie wydarzyło. Gdy stanęłam wystarczająco blisko, Vertus zdjął swoją pelerynę, zwinnym ruchem odrywając jej zapinkę od materiału, a potem zapiął ją na porwanym materiale mojej sukni, by utrzymać ją w nienagannym stanie.
- Dziękuję. - spojrzałam na niego spod wachlarzu mrocznych rzęs w ten sposób, który doskonale znał.
   Uśmiechnął się, wkładając mi za ucho zbłąkany kosmyk falowanych blond włosów. Kciukiem potarł po chwili spływającą krew z rany na szyi, dochodząc do dekoltu. Zadrżałam delikatnie. Przyciągnął mnie do siebie, by objąć mnie ramionami. Założyłam ręce na jego szyi, kładąc podbródek na jego ramieniu.
- Twój władca chciał mnie wykorzystać do rozpętania wojny. - mruknęłam przed siebie cicho. - Wezwał cię tam, skąd przybyłeś po to, żebyś go tutaj zawiódł. Dlatego nie chciałeś mi nic mówić.
   Słyszałam, jak głośno przełykał ślinę.
- Prosiłem cię, żebyś znalazła sobie szczęście.
   Odsunęłam się kawałek od niego, by spojrzeć mu prosto w oczy.
- A ty już znalazłeś? - zapytałam, zmieniając gwałtownie tok rozmowy.
   Poruszył zabawnie brwiami, dochodząc do tego, o co mi chodzi.
- Jeżeli chodzi ci o Elen, musiałem z niej dawno temu... Zrezygnować. Jesteśmy teraz tylko przyjaciółmi.
- Tak samo, jak ze mnie?
   Nie podobało mu się, że samymi pytaniami potrafiłam wymusić na nim wypowiedzenie niemal całej prawdy. Przygryzł wargę i przymknął oczy, wzdychając, lecz nic już nie powiedział. Nie umiał wyznać tego przede mną na głos, więc gdzieś głęboko z tyłu mojej głowy pojawił się naiwny szept nadziei mówiący mi, że nadal mu na mnie w minimalnym stopniu zależało.
- Nie mogę wrócić z tobą na bal. - przerwałam po dłuższej chwili ciszy. - On się obudzi, jak ty tam wrócisz do twoich przyjaciół i wszystko wróci do normy po tym, jak zniknę.
   Zobaczyłam w jego oczach iskry złości na moje słowa.
- Zostałaś na niego zaproszona tak samo, jak i my.
- Moje zniknięcie z Nevanem to jedno, ale ty musisz ukrywać przed swoim własnym wymiarem to, co tu się wydarzyło. Co kiedykolwiek zaszło, chociaż oni i tak pewnie o tym wiedzą, nie są głupi.
   Odsunęłam się od niego, pozostawiając między nami tą samą przestrzeń pełną chłodu. Widziałam po nim, jak strasznie go frustrowała. Ta nicość pozbawiona wszystkiego, co moglibyśmy sobie ofiarować w innych okolicznościach... W oczach jego władcy musiałam być tylko jego zabawką na chwilę. Nie byliśmy przecież ani w związku, ani nasza relacja nigdy nie nabrała tego poważnego znaczenia. Dzięki temu Vertus pewnie miał jeszcze jakiekolwiek pole manewru, mógł dalej być najbliższym doradcą swojego króla. Zastanawiałam się, czy nie byłoby nam łatwiej, gdybyśmy dali sobie z tym spokój. Nie włożyliśmy w to zbytnich emocji, właściwie wszystko mogło jeszcze wrócić na swoje dawne tory. Wiedziałam, że on tego potrzebował. Możliwości powrotu.
   Ruszyłam przed siebie tym samym korytarzem, którym weszłam na bal, znikając za wrotami.

Vertus?

Od Proserpine do Alcaliego

Data:
20 września 2017
Komenatrze:
Brak komentarzy
   Dostałam list od Amery w najmniej spodziewanym momencie, po prostu wtedy, kiedy rysowałam mapę podczas mojej kolejnej podróży donikąd, albo jak ona to określała: dookoła Diamentowego Kontynentu. Był w nim zawarty dopisek, że potrzebowała kogoś, kto mógłby ją osłaniać pod nieobecność głównych strażników, co udali się za Shiro w podróż. Pojęłam od razu, iż w nikłym stopniu ufała nowo przybyłym z innego wymiaru i potrzebowała znajomej, przyjaznej twarzy na tyle potężnej, żeby nie doszło pomiędzy nimi wszystkimi do niepotrzebnych konfliktów. Cóż, takie rzeczy były naturalne dla przywódców, a ja byłam tylko wojowniczką, więc postanowiłam nie utrudniać nam egzystencji... Po prostu tam przybywając. Weszłam bezszelestnie tylnym wejściem do zamku przeznaczonym dla służby. Akurat najbliżej było stamtąd do kuchni, co było oczywiste, dzięki czemu w moje wilcze nozdrza wepchnął się zapach pysznych słodkości przyrządzanych na wielki bal powitalny. Oblizałam się instynktownie po nosie, przechodząc obok krzątających się kucharzy, kelnerów oraz kamerdynerów. Któryś z nich musiał mnie rozpoznać, bowiem zatrzymał się jak zamurowany.
- Co panienka tutaj robi? - zakrztusił się niemal śliną.
- Szukam dowódcy straży przybocznej aby otrzymać instrukcje dotyczące...
- Nie, nie. - pokręcił głową z wyraźnym rozbawieniem, iskrzącym się w oczach. - Panienka będzie jako gość, a nie służąca.
- Co? - wyrwało mi się. - Ale...
- Żadnych ale. - warknęła rudowłosa kobieta o intensywnych, granatowych tęczówkach, która wychyliła się zza posiwiałego starca ze srebrną tacą na dłoni w białej rękawiczce. - Zakładasz sukienkę, pantofelki, malujesz się.
- ...nie mam niczego z tych wszystkich rzeczy. - skuliłam z irytacją uszy, machając jak rozdrażniona kotka ogonem.
- O to już zadbałam. - Amera nie dawała za wygraną. - Chodź za mną.
   Czy miałam jakikolwiek wybór? Pewnie, że nie. Podreptałam za nią, przeklinając w duszy respekt do władzy wtłoczony mi podczas szkolenia przez rodziców. Zaprowadziła mnie po schodach z marmuru do korytarzy na parterze, gdzie mieściły się pokoje służby, a potem jeszcze wyżej, gdzie znajdowała się sala balowa oraz komnaty gościnne, tylko, że tam też się nie zatrzymała. Zaczynałam tracić orientację w tym labiryncie przepięknych, kosztownych mebli czy dekoracji, wydawało mi się to wszystko zbędne. Musiałyśmy po kilkunastu minutach być chyba trzy piętra nad ziemią, tak to wyglądało z wysokich do sufitu okien. Tutaj było najmniej drzwi czy przejść, po prostu długi, czerwony dywan w korytarzu, kandelabry i do tego co jakiś czas obrazy przedstawiające ważne dokonania liderów czy historyczne wydarzenia. W końcu zatrzymała się pod dębowymi wrotami, które otworzyła z łatwością, byłam w szoku, że miała w sobie aż tyle siły.
- Tutaj możesz poczuć się jak u siebie. Jeżeli faktycznie masz coś na własność.
- Nie mam. - wyznałam bez wstydu, rozglądając się na ogromne pomieszczenie.
   Komnata miała w sobie jedynie wielkie, królewskie łoże małżeńskie z baldachimem, a także heraldyką Craerii. Na lewo stał kominek z świecznikami ze złota, a do tego mniejszymi obrazkami bardziej przypominającymi obecnych liderów. Po środku był miękki dywan, na którym równie dobrze można by było też spać. Zza karminowych kotar związanych leniwie po bokach sznurami przezierały się promienie zachodzącego słońca. Liderka poprowadziła mnie za kominek, gdzie znajdowało się przejście do jeszcze obszerniejszej garderoby, gdzie stała również biała toaletka z wielkim lustrem.
- No już, zmieniaj się w człowieka. Tam jest łazienka. Doprowadź się do porządku i wróć tutaj, to zajmą się tobą moje dwórki.
   Wytrzeszczyłam oczy z szoku.
- Ja... Nie umiem zachowywać się jak dama. Nie jestem pewna, czy to dobry pomysł ubierać i stroić mnie tak mocno, skoro mam tylko podpierać ściany z innymi ze straży. - wyznałam, spoglądając w inną stronę. - Nie należę do twojej klasy społecznej, Amero.
   Kobieta klęknęła przede mną, uśmiechając się ciepło.
- To bez znaczenia, Proserpine. Dzisiaj zapomnij o tym wszystkim, co jest na co dzień i spróbuj się zabawić.
   Przełknęłam z trudem ślinę, kiwając głowę.
- No dobrze, skoro tak mówisz...



   Efekt końcowy był taki, że postanowiłam zostać anarchistką, a przede wszystkim nigdy więcej nie posłuchać się Amery. Moje szaro białe włosy zostały upięte wysoko w koński ogon, spływając prosto końcówkami na mój kark. Wetknięto weń spinkę z ametystem, mającym według dwórek: "podkreślać moje oczy o odmiennym kolorze od tych zwykłych", na co z godnością królowej prychnęłam. Moje tęczówki nie musiały być niczym podkreślane, ale zgodnie z prośbą Amery, spróbowałam nie rozszarpać tej ozdoby na strzępy i udawać, że "dobrze się bawię". W uszach miałam kolczyki z tym samym kamieniem, ale dekoltu w kształcie "v" nie przysłonili mi właściwie niczym, bowiem suknia była sama w sobie niezwykle ozdobna. Biały materiał opinał bardzo dokładnie mój biust, domyśliłam się, że zawiązali mi gorset na ostatnie możliwe dziurki, ledwo mogłam oddychać. Okolony był maleńkimi, lśniącymi markasytami o głębokim odcieniu purpury. Do bioder ten aksamit był moją drugą skórą, dopiero dalej zaczynał się rozrastać, piętrzyć, a co więcej falować na falbany podobne do płatków śnieżnych róż. Z tyłu miałam jeszcze ze wstążek od gorsetu ogromną kokardę, więc nie będę mogła się nawet opierać plecami o krzesło, by jej nie naruszyć, jeżeli w ogóle uda mi się w tym czymś usiąść...
- Biała Dama. - skomentowała to Amera, pojawiając się w swojej nienagannej kreacji balowej.
- Jak ja mam w tym walczyć?! To jakiś absurd! - syknęłam przez zaciśnięte zęby.
   Zaśmiała się pogodnie, przysłaniając usta arystokratycznie złocisto szkarłatnym wachlarzem.
- Mam nadzieję, że nie będziesz w ogóle musiała walczyć. Poza tym nie potrzebujesz broni, więc postanowiłam pożyczyć ci to cacko, w którym nie potrzeba wykonywać zbyt pośpiesznych ruchów oprócz kroków tanecznych. - odrzekła z powagą, wyjaśniając mi ten cyrk.
   Cieszyłam się w głębi duszy, że uważała moje moce za potężne, ale nie zawsze mi wystarczały. Zwłaszcza, jeżeli miała pojawić się Melairene, w co nie wątpiłam ani sekundę. Słynna Imperatorka swojej mrocznej sekty, złotowłosa piękność, była na tyle sprytna, iż nawet z mało bojowniczą mocą specjalną potrafiła mnie pokonać. Ciężko było przewidzieć, czy i tym razem nie staniemy w szranki, tym bardziej, że obie byłyśmy dumnymi czarnoksiężniczkami. Mogłam się łudzić, że tym razem postanowi pokazać mi gdzie moje miejsce tylko na arenie arystokracji; pusząc się jak paw w swojej równie drogocennej sukni, swoimi baletowymi krokami królowej, będąc o wiele bardziej majestatycznej od samej Amery. Rudowłosa przywódczyni wyglądała przy niej jak ja wśród tych wszystkich książąt i księżniczek.
   Pionek na jej szachownicy.



   Wkroczyłam na salę balową celowo spóźniona. Skoro nie byłam aż tak potrzebna w roli, jaką wymyśliła mi Amera, to po co miałam się ciut bardziej starać? Do rebelii i tak zawsze dochodziło w środku, albo na koniec przyjęć. Melairene zajmowała honorowe miejsce tuż po prawicy liderki, doprowadzając ją do lekkich dreszczy niepokoju. Onieśmielała samą władczynię tych ziem, stąd doszłam do wniosku, że gdyby kiedykolwiek miałaby mieć męża bądź choć partnera, to musiałby ów mężczyzna stać bardzo wysoko nad nią, żeby darzyła go jakimkolwiek zainteresowaniem. Przeszłam się wzdłuż ścian sali, by nie zwracać na siebie zbytniej uwagi. Nie chciałam być zbytnio rozpoznawalna przez śmietankę towarzyską arystokracji, wszakże nie zostałam jeszcze prawdziwą rysowniczką map, ani nie odnalazłam jakiegoś nowego miejsca, z którego mogłabym być znana. Żyłam poza Elcrys, nie będąc ani mieszczanką, ani kimś jeszcze niżej.
   Nie należałam do ich świata.
- Och, to znowu panienka. - rozpoznał mnie ów starszawy kelner, niosąc swoją tacę.
- Przepraszam, musiałam chyba pana potrącić... - nie zapamiętałam zetknięcia się jego ciała z moim w jakimkolwiek miejscu, ale moja suknia była kolosalnych wielkości, więc mogłam to zrobić nawet nieświadomie.
- Nie, nic panienka nie zrobiła. Wygląda pani olśniewająco. - podał mi kieliszek szampana.
   Skinęłam lekko głową, nie znając formułki grzecznościowej, będącą równocześnie interakcją za pochwałę i podany alkohol. "Popierdolona etykieta. Kto ją wymyślił?" - pomyślałam, upijając spory łyk trunku. Kelner zostawił mnie samą, więc wróciłam do udawanych obserwacji otoczenia, aż nie poczułam na sobie czyjegoś intensywnego spojrzenia. Dziwna, mroczna aura zaczęła pełznąć w moją stronę, dlatego spięłam wszystkie mięśnie na raz. Poprawiłam odruchowo pelerynę, przyłapując się na tym, że chciałam założyć na głowę kaptur i zniknąć w tłumie, ale przecież nie byłam na targu, tylko na balu... Stanęłam, lekko sfatygowana w miejscu, dając istocie do siebie dotrzeć. Okazał się nią postawny, wysoki, czarnowłosy mężczyzna w reprezentacyjnym stroju. W jego złocistych oczach czaił się wilk o wiele silniejszy ode mnie, a do tego buchały czymś złym, co intuicyjnie brałam za okaz szczególnie paskudnego charakteru podczas wybuchu silniejszych emocji. Zrozumiałam nagle cały sens prośby Amery, ale ogarnęły mnie wątpliwości, czy w ogóle miałabym śmiałość stanąć z nim do walki... I nie zginąć.
- Witam panią. - skłonił się od niechcenia. Mój umysł wychwycił to za coś powitalnego, więc zrobiłam to, co zaobserwowałam u Melairene; chwyciłam lekko suknię i dygnęłam, czując się jak ostatnia kretynka. - Czy mógłbym poznać twe imię? Posiadam wrażenie, iż gdzieś już panią widziałem...
   "Jakbym nie słyszała tego przez całe cholerne życie, to może faktycznie byłabym równie wychowana, jak te wszystkie kobiety w tej sali razem wzięte".
- Być może. - podniosłam na niego wzrok, mając szczerą ochotę jak najszybciej zakończyć tą konwersację, która i tak zbyt wiele nie wprowadzi w moją cudowną egzystencję. Wiedziałam, że podczas tych spotkań puści, arystokratyczni cudacy nawiązywali między sobą krótkie, grzecznościowe rozmówki cuchnące sztucznymi uśmiechami. Szczerze tym gardziłam. - Często przychodzę na Elcrys tak, jak cała reszta tego społeczeństwa.
   Nieznajomy uśmiechnął się widocznie rozbawiony, czując w tym nutę sarkazmu.
- Tak, to oczywiste. Chodzi mi o twoje oczy...
   Westchnęłam.
- Mam na imię Proserpine. - nie wydawał się być kimś, kto by skojarzył to z czymkolwiek, dlatego wewnątrz odetchnęłam z ulgą. Tak było nawet jeszcze lepiej. - I widzę pana pierwszy raz w życiu.
- Pochodzę z równoległego wymiaru. - wyjaśnił, przyprawiając to udawanym znudzeniem. - Nazywają mnie Alcali.
   Stop. Czy on powiedział "równoległego wymiaru"? Zamrugałam kilkukrotnie, dochodząc do tego, że to on mógłby być tym księciem czy tam królem, z którym Amera miała podpisywać pakt pokojowy. Obejrzałam się w poszukiwaniu kobiety, a ona mrugnęła do mnie porozumiewawczo. Mój język zrobił się suchy na wiór, po niewczasie przypomniałam sobie o szampanie, który miałam w dłoniach. Ponownie go wypiłam, udając, że właściwie nie zrobiło to na mnie większego wrażenia.
- Miło mi poznać waszą wysokość. - odmruknęłam.
   Uśmiechnął się ponownie, ale coś czułam, że było to dla niego nienaturalne i niewygodne. Musiał przywyknąć do bycia znacznie mniej miłym na swoich ziemiach. Czyżbym miała do czynienia z tyranem?
- Mi natomiast panią. Zechciałaby mi pani towarzyszyć przez resztę uroczystości?
   Gdyby nie to, że miałam puste usta, wyplułabym w innym przypadku całą ich zawartość na jego odzienie. Miałam przez cały wieczór zabawiać jakiegoś władcę, nie znając nawet jednej kretyńskiej formułki? A może chciał mnie wykorzystać do jakichś swoich niecnych planów względem liderki Amery? Zacisnęłam wargi w wąską linię.
- Przykro mi, ale jest to niemożliwe. - odburknęłam mało przyjemnym tonem.
- Czyżby była pani z kimś umówiona? - zdziwił się widocznie, będąc stu procentowo przekonanym o tym, że grzecznie dam się ciągnąć przez cały bal jak jakiś piesek kanapowy.
- To już nie pański interes. - zirytował mnie do reszty. Co go to obchodziło?
   W jego oczach wbrew moim zamiarom pojawił się błysk narastającego zainteresowania. Nikt mu przedtem nie odmawiał, czy co?
- Mam nadzieję, że da się pani namówić chociaż na taniec za kilka kieliszków. - rzucił na odchodnym, zostawiając mnie samą, spoglądając wymownie na to, co miałam w dłoniach przez ramię.
   Prychnęłam, odstawiając kielich z resztką szampana na tacy przechodzącego kelnera z gniewnym łupnięciem szkła o metal. Nie miałam najmniejszego zamiaru pić więcej, skoro ewidentnie tylko na to czekał.
- Nie spodobał się pani, hę? - starszy, znajomy kelner zachichotał. - Wszystkie inne damy spoglądały na panią z zazdrością podczas pańskiej rozmowy z księciem. Pragnę zauważyć, że nie zaszczycił jeszcze żadnej konwersacją po rozmowie z liderką Amerą. Pani była pierwsza.
   Coraz mniej podobało mi się to przyjęcie.
- To niech to w końcu zrobi, jest gościem, czyż nie?
   Służący we fraku pokręcił głową, nadal chichocząc, ale również odszedł. Wrota do sali balowej ponownie się otworzyły, wpuszczając kogoś, kogo najmniej w tym wszystkim się spodziewałam. Jego białe włosy prześwitywały szarościami, a także śnieżną bielą podobną do mojej sukni. Rysy twarzy wyostrzały się w tych samych miejscach, co moje. Długa szata wielkiego mistrza zakonu czarnoksiężników wydawała się czarniejsza od wszystkiego, co znajdowało się w tej sali. Złota zapinka z rubinem lśniła jaśniej od jakiejkolwiek korony. Gdy ściągnął kaptur, a także rozsunął połacie swej peleryny, ujrzałam akselbanty splecione ze złotych nici na jego fraku. Odznaczenia magiczne rzucały się w oczy niczym u generała. Przy pasie wystawała głowica rękojeści jego klingi w kształcie sześcioramiennej gwiazdy z miedzi. Wysokie, czarne, skórzane buty jeździeckie wskazywały na to, że przybył tu konno, jak książę Alcali, lecz wiedziałam, że i tak przywiodła go tu karoca zaprzężona w co najmniej siedem pegazów. Obserwowałam z zapartym tchem, jak jegomość podszedł do rudowłosej liderki z pogodnym uśmieszkiem.
- Cała przyjemność po mojej stronie, panno Amero. - rzekł zamiast powitania.
- Kimże pan jest i po co tu przybył? - całe zbiegowisko arystokracji zwróciło się ku niemu, zatrzymał nawet muzykę płynącą z pobliskich instrumentów, na jakich grali tutejsi grajkowie z Elcrys.
   Roześmiał się w sposób, który bardziej przypominał melodię, niż prawdziwy śmiech. Każdemu ruchowi, każdemu naciągnięciu mięśni poświęcał jakby kilka sekund, by wydawały się bardziej majestatyczne. Czułam, jak odpływa mi krew z twarzy.
- Zwą mnie Nevan Il' Sha'Onell, jestem wielkim mistrzem zakonu, do którego należą dwie twoje towarzyszki na tym balu. - jego słowa wbijały się w moją skórę, jak gwoździe do trumny. - Przybyłem tutaj, by się z nimi zobaczyć, a co więcej poznać panią i jej nowo poznanych sojuszników.
   Powiedział na głos nazwę mojego rodu.
   Naszego rodu.
- Witamy w naszych skromnych progach. - zdezorientowana Amera dygnęła przed nim z wypisanym szokiem na twarzy.
   Byłam już chyba na w pół martwa.
   Mój brat wrócił. 

Alcali?

Od Alcaliego do Proserpine

Data:
9 września 2017
Komenatrze:
Brak komentarzy
Ostatni raz przejrzałem się w lustrze i opuściłem twierdzę. Na zewnątrz czekali już Vertus, Elentiya i dwa demony, mające być moimi strażnikami na przyjęciu. Co prawda, nie potrzebowałem dodatkowej ochrony, lecz Vertus uparł się że będę wyglądał bardziej wiarygodnie. Dosiadłem potężnego, karego ogiera i spojrzałem po towarzyszach. Oba demony miały na sobie lekkie zbroje i hełmy, zasłaniające ich twarze. Elentiya ubrana była w czerwoną, długą suknię, a zapewne pod nią miała pełen arsenał sztyletów i innych zabawek, siedziała na gniadej klaczy bokiem, podwijając suknię i odsłaniając rubinową podwiązkę. Gdy zauważyła, że jej się przypatruję, delikatnie opuściła materiał. Vertus ubrany był podobnie jak ja, biała koszula, czarne spodnie i ciemny płaszcz. Jednak on nie posiadał szabli z pyskiem wilka. Uśmiechnąłem się do przyjaciela i pogoniłem wierzchowca do cwału, gnając przez las do Siedziby Lidera.

Zeskoczyłem z konia i zmierzyłem spojrzeniem zamek. Na ramieniu przysiadł mi czarny orzeł, ponownie wyciągając nogę z zaproszeniem, przynajmniej się nie spóźnił. Chwilę po mnie na miejsce dotarli moi towarzysze, z Vertusem na czele. Uśmiechnąłem się chytrze i odsunąłem się na tyle, by mogli przywiązać konie do słupka. Pogłaskałem orła po łbie i ściągnąłem zaproszenie z jego nogi. I tak Lord nie będzie tego pamiętał, a niech wie że umiem być dobry. Gdy demony ustawiły się za mną, a Elentiya i Vertus po moich bokach, ruszyliśmy w stronę wejścia do Zamku. Przy wrotach stało dwóch strażników, którzy sprawdzali zaproszenia. Podałem jednemu z nich papier, ten spojrzał na niego, potem przeniósł wzrok na mnie i otworzył wrota, wpuszczając mnie do środka. Rozejrzałem się po sali, a potem spojrzałem na Elentiyę. Dziewczyna skinęła głową i odeszła razem z Vertusem.
Zbliżyłem się do kobiety, stojącej przy jednym z długich stołów, rozmawiającą z kilkoma wilkami. Amera odwróciła się do mnie i zmierzyła mnie spojrzeniem, przenosząc wzrok na moich strażników.
- Witaj, Liderko Amero.- ukłoniłem się.- Twoje zaproszenie jest dla mnie zaszczytem.
Wyprostowałem się i i obdarzyłem kobietę jednym z moich najlepszych uśmiechów.
- Ty zapewne jesteś królem Murmore.- kobieta uśmiechnęła się.
- Tym prawdziwym, pani.- na moim ramieniu ponownie siadł czarny orzeł.- Mówi mi Alcali, wolę załatwiać wiele rzeczy bardziej oficjalnie.
Nagle do sali weszła kobieta o włosach dziwnego koloru i fiołkowych oczach. Skądś ją znałem, gdzieś widziałem już te oczy.
Fiołkowe.

Proserpine?

Od Vertusa do Melairene

Data:
9 września 2017
Komenatrze:
Brak komentarzy
Stwórca powołał cztery żywioły, aby stworzyły własne wymiary, po to, żeby jego dzieci mogły tam zamieszkać. Powietrze stworzyło świat, pełen latających wysp. Woda stworzyła
wymiar prawie całkowicie zalany wodą. Ziemia natomiast stworzyła dwa światy. Była to Ziemia i Wendar, później nazwany Niebem. Ogień zaś stworzył Edom, miejsce pełne wiecznych płomieni i
wulkanów, miejsce suche i pozbawione życia. Stwórca obejrzał wszystkie światy i zaczął pracę
nad swoimi dziećmi, nad ludźmi, wilkami i innymi stworzeniami. Świat Powietrza zajął On i reszta
bóstw z różnych kultur oraz anioły, świat Wody pozostał nietknięty, zaś w zamian, żywioł mógł tam zostać. Powietrze zostało więc u siebie, a Woda przeniosła się do swojego wymiaru pod postacią
kobiety. Światy Ziemi natomiast zostały pochwalone przez samego Stwórcę, pierwszy- Ziemię, zamieszkali śmiertelni, a także wszystkie stworzenia. Wendar mieli oni zamieszkiwać po śmierci, o ile byli pokorni. Świat Ognia został kompletnie odrzucony, gdyż Stwórca posiadał już jeden taki świat, rządzony przez Lucyfera. Ogień został więc wysłany do krainy bogini Slake, bogini chaosu, mroku i niezgody, jako iż każdy Bóg mógł posiadać własną krainę. Slake bardzo spodobał się świat Ognia, więc wraz z nim stworzyła władcę Edomu. Bogini ulepiła jego ciało z gliny, a potem tchnęła w niego życie, zapełniając go niemal całym mrokiem i chaosem, który drzemał w jej sercu. Natomiast umysł i serce istoty, stworzył Ogień, wrzucając w istotę zawzięcie, temperament, ogień i zło. I tak oto powstał Alcali, władca Edomu, gorszy od samego Lucyfera, potężniejszy od samego Stwórcy. Diabeł w czystej postaci, syn Slake i Ognia, choć nie został on spłodzony. Po jakimś czasie, Edom zapełniły największe potwory, które zginęły na Ziemi. Tak utworzyła się Piekielna Elita. Do Mroku wkrótce trafiły potężne demony, które wcześniej były aniołami- demony, które wolały Alcaliego od Lucyfera. Lord Von Havoc, będący prawą ręką władcy, skierował się więc do wymiaru Slake, aby błagać Ogień o powiększenie ziem Edomu. Tak też się stało, jednak za cenę życia Lorda Von Havoc'a. I tak oto, miejsce w Elicie zajął jego syn. Jednak następca chciał być lepszy od ojca. Złożył więc przysięgę krwi władcy. I od tego czasu był na każde jego wezwanie, w sytuacjach gdy Alcali nie panował nad swym mrokiem, to właśnie on pojawiał się pierwszy, aby władca mógł rozładować gniew na nim. Wkrótce demony stały się dla siebie jak bracia, mimo młodego wieku. Gdy już wszystko było w porządku, a władca powoli zaczął panować nad gniewem, do Edomu przybyła kobieta. Piękniejszej dziewczyny nigdy nie widzieli, oboje się w niej zakochali. Elentiya jednak wolała Alcaliego. I tak rozpętała się wojna. Von Havoc wściekł się i wzniecił powstanie, lecz nikt nie był w stanie z przeciwstawić potędze Złego. Wszyscy zginęli, a Lord opuścił Mrok na tamtejsze dwadzieścia trzy dni. Wrócił, a Alcali od razu mu wybaczył niedawne wydarzenia. Ponownie stali się braćmi, a Vertus pokochał inną kobietę. Von Havoc ponownie złożył przysięgę krwi, a potem wszyscy przenieśli się na Craerię, planując przejąć nad nią władzę.

Rozejrzałem się po uliczce i popatrzyłem na moich towarzyszy. Alcali wpatrywał się w tłum,
Elentiya wpatrywała się we mnie. W końcu biała wilczyca trąciła basiora w bok. Wilk spojrzał na
mnie, opuścił łeb i podszedł.
- Wybacz mi.- powiedział, a po jego pysku spłynęła czarna łza.- Jesteś dla mnie jak brat. Nie chcę
cię znowu stracić.
- Nic mi nie jest. Jak widzisz, żyję i mam się dobrze.- objąłem przyjaciela łapami. On zrobił zdziwioną minę, jakby to było dla niego coś obcego i niezręcznie mnie objął, jakby nie wiedział co robić. Po chwili powalił mnie delikatnie na ziemię i uśmiechnął się chytrze. Przeszedł nade mną i zniknął w tłumie.

Rozwaliłem się na szezlongu w moim gabinecie i odetchnąłem z ulgą. Alcali położył nogi na biurku, a Elentiya położyła się naprzeciwko mnie, kładąc nogi na moim brzuchu. Nagle do środka wleciał czarny orzeł i siadł przyjacielowi na ramieniu, niemal niedostrzegalnie drżąc ze strachu. Ptak wyciągnął nogę w stronę ręki mężczyzny, a czarnowłosy wziął liścik przywiązany do nogi orła. Zwierzę odleciało na drugi koniec pokoju i przemieniło się w potężnego mężczyznę o księżycowych włosach i czarnych oczach. Lord Beorne. Alcali rozwinął list i przeczytał go szybko, po czym zaśmiał się głośno.
- Co się stało?- zapytałem, odwracając głowę w jego stronę.
- Ogólnie, wczoraj ominęliśmy przyjęcie na moją cześć, a jakiś mieszczuch się pode mnie podszył.- odparł.- A najlepsze przed wami.
- Mhm.- mruknąłem, przyglądając się mężczyźnie.
- Twoja nałożnica wściekła się i wybiła okno, uciekając przez nie. Przyjęcie i tak zostało odwołane, a później okazało się, że poprzednie zaproszenie zostało przejęte przez niejakiego... Roberta Cotte.- odłożył liścik na stół.- A dzisiaj okno zostało naprawione i zapraszają mnie ponownie.
Lord Beorne stojący przy drzwiach skulił się i spojrzał błagalnie na Alcaliego.
- List został przejęty.- czarnowłosy uśmiechnął się.- Możesz mi wytłumaczyć, co do cholery się stało?
- Przepraszam, panie.- Lord opadł na kolana i przybliżył głowę do ziemi, uginając się w pokłonie.
- Przestań się płaszczyć.- warknął Alcali pod nosem, a sługa wyprostował się.
Przyjaciel podniósł się z krzesła i podszedł do członka Elity. Przerażony spojrzałem na Elentiyę, zły Alcali to nic. Lodowaty Alcali był znacznie gorszy. Czarnowłosy stanął nad gościem i uśmiechnął się. Mężczyzna zaczął się zwijać i jęczeć, mamrocząc słowa modlitwy. Diabeł zaśmiał się i ponownie wrócił do biurka.
- Wygląda na to, że dzisiaj idziemy na bal.- zaklaskał w dłonie z udawanym entuzjazmem.- Podobno twoja dziwka też tam będzie.- spojrzał na mnie i opuścił pomieszczenie, zostawiając zwijającego się Lorda na ziemi.

Melairene?
Nie wiedziałam co napisać więc zapchałam wszystko czymś bezsensownym c:

Od Melairene do Vertusa

Data:
9 września 2017
Komenatrze:
Brak komentarzy
   Dzisiaj miał być bal z okazji przyjazdu jakiegoś księcia, więc pierwszą rzeczą, jaką zrobiłam po wyjściu mężczyzn, były przygotowania do niego. Mój plan był prosty; zrobić na nim pierwsze dobre wrażenie, uwieść go i na końcu przewlec na własną stronę mamiąc go swoimi atutami. W tym celu zaczęłam się przebierać w odpowiednią, jasną suknię, a potem poprawiłam makijaż. Zaplotłam moje długie blond włosy w warkocz, w który wplotłam weń błękitną wstęgę, silnie kontrastującą z moimi ciemno granatowymi tęczówkami. Na udzie pod podwiązkę włożyłam sztylet, a z drugiej strony pod warstwami tiulu ukryłam pas z przymocowaną pochwą na szablę. Po wyjściu z namiotu czekała na mnie odpowiednia, złota karoca zaprzężona w śnieżno białe konie o potrójnych rogach, wybielonych oczach oraz chrapach. Były nadnaturalnie potężne, posiadały bowiem dwa metry w kłębie i kły zamiast zębów. Służący złożyli mój namiot, kiedy weszłam do wnętrza pojazdu, a potem założyli go na szczycie wśród reszty kufrów. Stuknęłam z niecierpliwością kryształowym obcasem w podłogę, więc wkrótce ruszyliśmy przez las na szlak do Elcrys, by później ruszyć do zamku Lidera. Powóz pędził na tyle szybko, że mijana droga zlewała się w rozmazane barwy pozbawione większego znaczenia, dlatego skupiłam się na tym, co będę musiała powiedzieć. Przygotowałam odpowiednie powitanie dla Amery. Zanim zdążyłam je przetestować, byliśmy już na miejscu. Znajome wieże zamajaczyły mi wysoko nad nami, potem pokonaliśmy usłużenie spuszczoną fosę. Wielkie, kamienne mury robiły wrażenie nie do zdobycia. W myślach widziałam, jak moja armia je forsuje prędzej czy później, by przynieść mi przywódców żywych lub martwych. Uśmiechnęłam się sama do siebie. Rumaki przeszły w dystyngowany dla tej rasy olbrzymów, kłus. Okrążyły dwukrotnie fontannę z wyrzeźbionymi wilkami z marmuru, a wtem zatrzymały przed wrotami, u których stała rudowłosa kobieta o równie szafirowych oczach, co moja dzisiejsza suknia. Zabawne było to, iż Amera nigdy nie nosiła insygniów władzy, ani nie wydawała się na pierwszy rzut oka politycznie aż tak istotna. Wyszłam z karocy, pozdrawiając ją skinieniem głowy.
- Bądź pozdrowiona, Liderko Amero. - ta machnęła lekceważąco ręką.
- Mów mi po imieniu, wiesz, że nie lubię tytułowania. - uśmiechnęła się krzywo.
- Pragnę tylko podkreślić mój szacunek wobec ciebie podczas tak ważnego strategicznie spotkania. Mam nadzieję, że warunki paktu pokojowego z nowym przybyszem pójdą ci równie łatwo, jak machanie ręką na istotne zasady etykiety.
   Liderka zaśmiała się serdecznie, na co odpowiedziałam jej równie szczerym chichotem. Weszłyśmy razem do wnętrza jej urokliwego pałacu, a widząc dalszy brak obecności jej męża, posłałam jej współczujące spojrzenie, co ona skwitowała jedynie wzruszeniem ramionami.
- Wyjechał w ważnej sprawie. - rzuciła jedynie w kwestii wyjaśnienia, a ja uprzejmie nie dopytywałam się już o nic więcej.
   Krocząc po długim, czerwonym dywanie w towarzystwie pustych zbroi rycerskich czułam się niemal całkowicie pozbawiona ochrony strażniczej w tym przybytku. Zawsze zazdrościłam Amerze tego stoickiego spokoju ducha, pozbawionego wiecznego niepokoju dotyczącego czyjejś nagłej napaści, czy rozpoczęcia wojny z którejkolwiek ze stron zewnętrznych, czy wewnętrznych. Jej idea sprawowania władzy była dla mnie w większości pozbawiona sensu, ale jakimś cudem utrzymywała cały Diamentowy Kontynent w ryzach, czego szczerze jej zazdrościłam. Ja miałam jedynie swoje nielegalne Yeaslah w pomiędzy wymiarach, zaklęty Dwór i Corvum, w którym szkoliłam nowych adeptów mej sekty, a do tego tłumy Pieczęci na rozkazy w każdej dosłownie chwili. Nawet teraz wyczuwałam przy sobie obecność Astarotha.
   Prędzej czy później doszłyśmy do komnat gościnnych, gdzie czekał na nas ów jegomość. Na pierwszy rzut oka w ogóle jednak nie przypominał księcia, tylko typowego mieszczucha. Wyczułam intuicyjnie podstęp, ale postanowiłam wziąć udział w tym teatrzyku i robić dobrą minę do złej gry, więc zaczęłam otwarcie traktować mężczyznę niczym prawdziwego spadkobiercę jakiegoś tronu z dalekich stron. Skłoniłam się przed nim w prostym, aczkolwiek równie taktownym dygnięciu, jednak kiedy podnosiłam nań wzrok, był on pozbawiony jakichkolwiek emocji. Obcy zadrżał na całym ciele, widząc ten przenikliwy laser naszpikowany lodem kłującym go w duszę.
- Witam jaśnie pana.
- Lady musi nazywać się Melairene. Ta od sekty.
   "Ta od sekty" spiorunowała go jeszcze gorszym rodzajem spojrzenia.
- Dla takich jak lord, Imperatorka Melairene. - wyjaśniłam głosem zabójczyni.
   Odchrząknął. Amera zaśmiała się w głos, widząc jego zakłopotanie moją dumą oraz łatwością doprowadzania do takich sytuacji, gdy ktoś wyższej rangi czuł się przy mnie gorzej niż plebejusz.
- Może napijemy się wspólnie herbaty? - zaproponowała, rozładowując napiętą atmosferę.
   Usiadłam z godnością królowej na jej szkarłatnej sofie ze złotymi obramowaniami, przed pięknym, mahoniowym stolikiem do kawy z lwimi łapkami w stylu ludwikowskim, czego zapewne nawet nie wiedziała. Ten przygłup po drugiej naszej stronie obserwował czujnie moje rozluźnienie w takiej sytuacji, gdy na jego plecach intensywnie skraplał się już pot. Usiadł na fotelu cały zesztywniały, a gdy kamerdyner podał mu na srebrnej tacy jako pierwszemu filiżankę, ręka mu drgała, a co więcej trzymał ją w tragicznie nieodpowiedni sposób. Prychnęłam, doprowadzając go niemal do zawału. Wtedy siwowłosy mężczyzna we fraku obsłużył panią tych włości i dopiero wtedy mnie. Co zabawne, nawet Amera bacznie przyglądała się temu, w jaki sposób chwytam filiżankę, potem spodek i kładę sobie ów zestaw na stoliku. Musiała być przez te kilka sekund pod wrażeniem.
- Chciałabym przed przejściem do rzeczy zaprosić was oboje na bal z okazji pańskiego przyjazdu. Odbędzie się on dzisiejszego wieczoru... - oboje skinęliśmy głowami, w sensie ja szybciej, a on skopiował po mnie ów ruch. -...mam nadzieję, iż zagości pan u nas na dłużej.
- Och, wszystko w miarę mych możliwości oraz obowiązków, jakie na mnie spadły po śmierci ojca... - zaczął się głupio tłumaczyć z historyjki, którą ze litości kupiła tylko Amera.
   Cały czas patrzył się tylko na jej łaskawe oblicze, bowiem na moim było wymalowane: "Stary, jesteś martwy ze ten stos kłamstw, na którym za chwilę spłoniesz". Zajęłam się więc przez tamten moment przyglądaniem skromnym dekoracjom wnętrza, zestawieniom barw oraz twórczej krytyce na ów temat w myślach. Przerywaniego jego kretynizmu było bowiem nietaktowne, ponadto byłam tam przecież gościem.
   Wtedy poczułam tą jedną woń. Krew. Nie daleko stąd. Grzmot. Nie, gruchot łamanych kości. Warknęłam donośnie, nie kontrolując przemiany w waderę o szaro białej sierści. W jednech chwili porwałam całą suknię, ludzka broń opadła na posadzkę z łomotem spowodowanym uderzeniem. Następną rzeczą, którą udało mi się zapamiętać, było muśnięcie szkła po tym, jak przez nie się przebiłam w mojej połowicznej formie prawdziwej mnie. Mknęłam prawdopodobnie zbyt szybko, niż są zdolne mięśnie zwierzęcia, jakim jest wilk, ale nie obchodziło mnie to. Byłam furią. Wcieleniem czegoś, co było nie pojęte dla demonów, czy aniołów. Ułamek sekundy później stałam nad ciałem Vertusa, obrywając od Alcaliego zaraz po tym, kiedy ten mu przyłożył na tyle mocno, że wilk stracił przytomność. Potężna łapa basiora spoczęła na mojej głowie, jednak wytrzymałam jego siłę, nadal stojąc w tym samym miejscu bez uszczerbku.
- Co do cholery...?! - wyszczerzył wrednie kły, widząc znikąd moje znajome oczy.
- On tylko chciał cię zatrzymać przed tym, co mogło źle skończyć się dla was wszystkich. - warknęłam, nie kontrolując tego, kiedy wniknęłam w jego umysł i ujrzałam te wspomnienia.
   Z szoku na moment się odsunął, by móc mi się przyjrzeć. Wykorzystałam to, by wbić się metalowymi szponami w bruk pod nami. Zjeżyłam dokładnie całą sierść na kryzie, której jeszcze nie pokrył metal. Nie atakowałam sama z siebie, dopóki on nie rzuciłby się na mnie w ramach zemsty za niewyparzony język. Patrzyłam prosto w jego oczy przepełnione płomieniami żądzy krwi, władzy, a przede wszystkim śmierci. Nie bałam się tego w żadnym stopniu, choćbym miała zginąć tam, dokładnie w tamtym miejscu. Nie umiałam wytłumaczyć tak naprawdę, czemu. Większość istot ma coś do stracenia. Rodziny. Majątki. Własne dusze... Ja wszystko już sprzedałam czarnoksięstwu, nie miałam ani serca do miłości, ani duszy do egzystencji pośmiertnej. Mogłam żałować tego wszystkiego, co zaprzepaściłam, zamiast skutecznie oddawać coraz więcej, ale tego też nie potrafiłam.
- Podobno go nie znałaś... - niedowierzający głos Elentiyi pojawił się zza wcielenia zła przede mną. Ujrzałam na moment jej taksujący wzrok. -...ani nie miałaś zaczynać wojny.
   Nie byłam też w pełni Craernianką. Nie umiałam postawić się ponad stukrotnie silniejszemu diabłowi, a mimo to wszystko to, czego nie powinnam i nie byłam, robiłam na raz. Mogli to nazywać, jak chcieli. Głupotą, odwagą, dumą. Jedyne, co się dla mnie w tamtej chwili liczyło, to była istota, która straciła oddech.
- To bez znaczenia. - skuliłam uszy, odwracając się ponownie w stronę Alcaliego. - Pozwól mi zwrócić mu siły, proszę.
   Władca z domu Vertusa jakimś cudem odnalazł w sobie maskę z powrotem spokojnego, beznamiętnego basiora, jakby po wybuchu ognia ktoś zalał go zimną wodą podczas zimy. Bez słowa odsunął się na kilka kroków, obserwującz bacznie, jak metal znika mozolnie z połowy mojego ciała niczym podręczna zbroja. Elentiya zbliżyła się ciut bliżej, również obserwując moje poczynania. Ja tymczasem rozjerzałam się po tłumie gapiów, odnajdując właściwe, fiołkowe tęczówki Proserpine. Wadera z charakterystyczną plamą na nosie wysunęła się naprzeciw nas wszystkich, stając po mojej lewej.
-Słono mi za to zapłacisz. - burknęła donośnym szeptem, wyraźnie zaznaczając, że nie robi tego dla mnie, ani dla Vertusa, tylko dla pieniądzy.
   Jedyne, na co było mnie wtedy stać, to obojętne wzruszenie ramionami. Odsunęłam się odrobinę, robiąc dla niej miejsce. Wilczyca zbliżyła się, wyciągając ze swojej skórzanej torby odpowiedni eliksir. Wyrwałam go z jej pyska i natychmiast wlałam Vertusowi do gardła, odpowiednio przesuwając łapą, by go połknął, nie roniąc przy tym ani jednej kropli. Jedyną wadą tej mikstury było to, że przy złamanych kościach, od razu je nastawiał w odpowiedni sposób, by je złączyć, co bywało niejednokrotnie dość bolesne. Użyłam wówczas mojej specjalnej mocy, by złagodzić ten ból, mamiąc jego umysł odpowiednią senną marą. Po kilku minutach odzyskał zdolność oddechu, nie czuł więcej bólu, jego kark został nastawiony, ani nie posiadał wstrząsu mózgu, czy kawałków czaszki wbitych w ten jakże ważny organ. Rzuciłam w stronę Proserpine mieszek odpowiedników solarów w zakonie czarnoksiężników. Jego waga ją zadowoliła, więc bez pożegnania zniknęła z powrotem w tłumie. Ja byłam zajęta gapieniem się na podnoszącą się klatkę piersiową Vertusa, na to, jak wyrównywał oddech. Każdy jego ruch był dla mnie wart więcej, niż moje własne istnienie. Oddech. Bicie serca. Czym ja byłam przy tym? Garścią popiołu, skruszonego metalu. Czymś, co kiedyś i tak rozwieje wiatr po którejś źle rozegranej bitwie, nie godnej zapisu w jakichkolwiek księgach. Kiedy jego powieki zaczęły się z powrotem podnosić, a on łapał ostrość wzroku, odsunęłam się, aby ruszyć w drogę do Dworu. Minęłam bez słowa Alcaliego i Elentiyę tak, jakby właściwie nic się nie stało, bo mijaliśmy się na drodze dokądś.
- Kimkolwiek jesteś i skądkolwiek pochodzisz, wiedz, iż nie przetrzymasz burzy.
   Nie wiedziałam do czego się odniósł. Do tego, kim tak naprawdę był Vertus, czy on sam?
- To ja jestem burzą. - powiedziałam bardziej do siebie, niż do niego, znikając w tłumie tak jak Proserpine.
   Czułam w trzewiach jak czarny basior się uśmiechnął złośliwie.
   Melairene?
   Nie obejrzałam się za nim, zostawiając go samego ze swoimi starymi przyjaciółmi.

Vertus?

Od Astrego do Melairene

Data:
8 września 2017
Komenatrze:
Brak komentarzy
Szybkie oddechy. Spoglądałem zimnym wzrokiem przed siebie. Kompletowałem wszystkie wydarzenia, jak narkotyki, które wzmagały we mnie złość i agresję.  To takie zabawne, odnajdujemy rozkosz w czyimś cierpieniu. Zadajemy ból, fizyczny lub psychiczny. A wszystko nas popędza! Szybciej! Żwawiej! Hej! Jakbyśmy nie mogli obudzić się w wolniejszym mieście, lesie, życiu. Może tak się kiedyś dzieje, kiedy odnajdziemy kogoś kto ułaskawi naszą duszę. By podskakiwać z nim ku niebu, mając wrażenie, że się unosimy, a może właśnie tak jest? Nie jest to tylko wrażeniem? Nie wiem i się nie dowiem, obiecałem sobie, że nikogo nie pokocham. Nie potrafię, zapewne przez przypadek uczyniłbym krzywdę komuś, kto nawet byłby zdolny obdarzyć mnie uczuciem. Muszę uważać, żeby moja dusza nie uciekła ze mnie podczas niepewnego, krótkiego snu. Stałem skostniały na ostrożnych, silnych łapach. Zając, w pewien sposób pokazałem na nim to co chciałbym zrobić ze samym sobą. Rozszarpać samego siebie w najbardziej brutalny sposób. Nikt nie chciałby być mną, bardzo dobrze. Gratuluję. Niech coś sprawi bym został martwy. Kiwnąłem lekko głową.
- Astre - słyszę głos Melairene.
- Dlaczego mam wrażenie, że krew jest uderzająco podobna do wina pitego podczas lata? - wyszeptałem do siebie.
A potem wszystko się niszczy! Tak! Związki, relacje, chwile! Śmierć, zapomnienie. Zaginiony głos.
W każdej niespodziewanej chwili. To było tak niesamowicie niedorzeczne. Obserwując w przeszłości innych, widziałem szczęście, długie przyjaźnie, miłość, to wszystko omijało mnie szerokim łukiem.
Nastawiłem uszy. Nie wiem czy wadera słyszała to pytanie. Powinienem udać się na targ i kupić coś, co pozwoli mi "odpłynąć" albo przynajmniej zwali mnie z łap. Zamknąłem na dłuższą chwilę ślepia.
Spokój Astre. Spokój. Słońce dziś jeszcze dla mnie nie zgaśnie na zawsze. Resztki wiary tkwiły jeszcze we mnie, jak wbite gwoździe. A los wciągał moje ostatnie marzenia na własne tory, gdzie parły na przód rozpędzone maszyny i zabijały jeszcze niespełnione ambicje.Wydałem z siebie niezadowolony pomruk. Zawzięcie milczałem, sam nie wiem dlaczego. Tak bardzo chciałbym nie pamiętać wielu rzeczy, lecz zapomniane zostały tylko nic nie znaczące błahostki i ulotne momenty pozornego szczęścia. Zło utkwiło we wspomnieniach i o wszystko dba. Bym pamiętał to czego nie chcę. Śnieg, proszę bardzo! Tyle zabójstw wydarzyło się na zdradzieckim puchu, który stopniał i wsiąkł razem ze wszystkim w glebę. Wiosna, podobno jest piękna, lecz skrywa także swoje mroczne tajemnice. Lato posiada zbyt długie dnie i krótkie noce, wiele się w nich dzieje. Jesień maskuje się kolorami. Podniosłem wzroku ku niebu.






Melairene?

Od Vertusa do Melairene

Data:
8 września 2017
Komenatrze:
Brak komentarzy
Alcali złapał mnie za kark i wywlekł na tyle daleko w las, aby nikt nas nie dostrzegł. W jego oczach błyszczała furia, jego usta rozciągnęły się w podłym uśmiechu. Elentiya podążała za nami, płacząc i błagając oprawcę o litość. Nie wiedziałem, co ze mną zrobi, pozornie go oszukałem, lecz nie miałem pojęcia że tak wyjdzie. Myślałem że Melairene od razu da znak, że mnie pamięta, a także że zacznie wojnę. Bywa. Alcali rzucił mnie brutalnie na trawę.
- Klękaj.- polecił diabelskim głosem, przesączonym jadem.
Osunąłem się dumnie na kolana i spojrzałem w oczy przyjaciela. Owszem, był moim
przyjacielem,  nawet jeśli próbował mnie zabić. Od początku naszej znajomości byłem świadomy
nastawienia Alcaliego do różnych spraw. Jak to mawiają, ten kto jada z diabłem powinien mieć
naprawdę długą łyżkę lub od razu wydać na siebie wyrok. Ja niestety wybrałem drugą opcję, Alcali potrafił się opanować. A wtedy był wspaniałym sojusznikiem.
Mężczyzna uderzył mnie trzy razy. Raz w brzuch, abym poczuł swą bezsilność, drugi w żebra,
bym zastanowił się za każdym razem gdy nabieram tchu i trzeci raz w twarz, abym przypomniał
sobie że kara mogła być o wiele surowsza. Potem podał mi rękę i pomógł wstać,  na końcu obdarzając mnie lisim uśmiechem. Elentiya zmierzyła Alcaliego smutnym spojrzeniem, po czym
przemieniła się w białą wilczycę. Poszliśmy w jej ślady i po chwili opuściliśmy las.

- I wtedy do baru weszła wilczyca. Taka zwykła jakby. I zaczęły się lać, więcej nie pamiętam, ale
przysięgam że zapewne obie jadają z diabłem.- zakończył swą opowieść jeden z wilków, a ja parsknąłem śmiechem.
- Z diabłem, powiadasz.- uśmiechnąłem się i spojrzałem na Alcaliego, odchodzącego od kolejnego stolika. Towarzysz bardzo dbał o swoje alibi na wypadek czegoś złego. Pogmatwa
wszystkim w głowach tak bardzo, że każdy będzie pewien co on robi, podczas gdy ten szczwany pies mógłby być po drugiej stronie świata. I tak będziesz łaził za nim całe dnie, a i tak nie dotrzesz co on właściwie robił. W pewnym momencie Alcali podszedł do mojego stolika, szepnął coś do mojego rozmówcy i wyciągnął mnie za rękę. Podążyłem za nim w końcu stanąłem obok przyjaciela.
- O co chodzi?- szepnąłem, oglądając się na boki.
- Widziałeś Elentiyę?- spytał, a gdzieś głęboko w jego głosie czaił się niepokój.
- Nie.- odparłem.- A co?
- Gadała z jakimś gościem, a później już jej nie było.
I wtedy na jakieś szatańskie wezwanie rozległ się pisk. Dobiegał mniej więcej z zaplecza.  oboje popatrzyliśmy po sobie i rzuciliśmy się do biegu. Otworzyliśmy tylne drzwi, co chwila oglądając się za siebie i na boki. Nikt nie usłyszał ani krzyku, ani nie zainteresował się niczym niepożądanym. Na zewnątrz czekało dwóch nieźle przypakowanych wilków, jeden przetrzymywał Elentiyę przy ścianie, drugi zaś coś do niej mówił, przesuwając łapą po jej pysku.
- Zostaw ją, ścierwo niemyte.- warknął Alcali, obnażając zęby.
- Bo co mi zrobisz, cherlaku? Mogę zgwałcić tą ślicznotkę na twoich oczach, a ty nic nie zrobisz.- rzucił basior, puszczając waderę. Elentiya skorzystała z okazji, odskoczyła i ukryła się za mną. Przytrzymałem mojego przyjaciela łapą.
Nie rób tego. Opamiętaj się.
Czarny basior zamknął oczy, wziął głęboki oddech i wypuścił powietrze, unosząc powieki. W jego oczach czaiło się całe piekło, całe zło drzemiące w mroku świata. Wilk ponownie obnażył zęby, a jego ciało urosło pod napływem diabelskiej mocy.
A co z twoją przykrywką?
Gdy Alcali spojrzał na mnie, nie było w nim ani krzty normalności, zero opanowania i kontroli. Pod napływem jego wzroku aż sam się odsunąłem, przyglądając się jego przeciwnikom. Oboje byli przestraszeni tak bardzo, że nie śmieli się ruszyć- nawet gdy basior rzucił się na nich. Dopiero gdy pierwszy padł na ziemię, drugi zaczął uciekać. Lecz na próżno, kły Alcaliego zatopiły się w jego gardle zanim ten zdołał uciec choćby na kilka kroków. Podbiegłem do wilka, próbując go uspokoić lecz ten odgryzł głowę basiora i rzucił się na mnie. Jego pazury zaczęły drapać moją skórę, kły wbijały się w moje ciało. Starliśmy się w bojowym uścisku, jednak również to nie potrwało długo. Przeciwnik złapał mnie w końcu za kark i rzucił o ścianę. Coś trzasnęło w moim kręgosłupie, a ja osunąłem się na ziemię. Nie byłem wstanie podnieść się ani chociażby podnieść łapy. Alcali obniżył łeb, patrząc mi w oczy. Pomiędzy jego zębami wciąż została krew, która ściekała po jego brodzie i skapywała na ziemię.
- Nigdy więcej nie próbuj mnie zatrzymywać.- wyszeptał, odsuwając się. Potem opadł na ziemię i schował pysk w łapach.
- Nie musiałeś ich atakować, wystarczy że ich nastraszyłeś.- rzuciłem.
Basior warknął podniósł się szybko.
- Vertus, nie!- wrzasnęła Elentiya.
Jednak po chwili wielka łapa uderzyła mnie w głowę, przez co ponownie walnąłem o ścianę. Już po chwili ogarnęła mnie ciemność.

Melairene? Znowu nie umiałam napisać nic :c

Od Melairene do Vertusa

Data:
6 września 2017
Komenatrze:
Brak komentarzy
   Mój równoległy pół - wymiar kwitł i rozrastał się, nadal nie dostrzeżony przez żadne siły. Byłam co do tego spokojna, nad wyraz spokojna, ale może było to spowodowane alkoholem, brakiem jakichkolwiek wrogów na horyzoncie, nieobecnością Valaxa. Byłam na w pół żywa, nieprzytomna, pozbawiona tej tak zwanej finezji życia zwanej podobno szczęściem czy jak kto woli; spełnieniem. Nawet najbardziej skretyniałe demony to posiadają podczas swoich krwawych uciech, a ja czułam się tak, jakby ktoś przedziurawił mnie na wylot, by to ze mnie uleciało jak zwyłe powietrze.
- Właściwie nigdy przedtem tutaj pani nie widziałem, pani Melairene. - mruknął barman nadal tym niepewnym głosem, goszcząc jedną z dość znanych, siejących popłoch wśród gości, osobistość.
   Po czym to wiedziałam? Zacznijmy od tego, że na mój widok wszelkie cwaniaczki opuściły spylunkę, a ja siedziałam przecież tylko spokojnie, majtając puszystym ogonem. Ci co odważniejsi czujnie obserwowali mnie, ściśnięci pod ścianami. Reszta była nieprzytomna lub martwa. Nikt nie śmiał nawiązać słówkiem apropos sekt, mafii, czy tym podobnych, nielegalnych działalności. W powietrzu wisiało więc trujące napięcie, które z wysokości mojego autorytetu, kompletnie ignorowałam.
- Bo rzadko pojawiam się w miejscach publicznych. Moje Pieczęci przygotowują mi wszystko, co rozkażę. Ale dzisiaj miałam wszystkiego dość, dlatego postanowiłam oderwać się od rutyny... To chyba jeszcze nie jest nic aż tak złego, czyż nie? - zapytałam pod koniec melodyjnym, potulnym głosikiem.
   Innym od tego, którego używałam na co dzień.
   Basior gorączkowo pokiwał głową, nalewając mi kolejnego cosmopolitana.
- Planujesz zalać się w trupa i zwrócić na siebie uwagę, czy po prostu zwrócić na siebie uwagę?- Astaroth miał czelność pojawić się jako śnieżno biały wilk po mojej prawicy.
-To ostatnie brzmi za mało ambitnie. - uśmiechnęłam się sama do siebie. - Chyba wezmę to pierwsze, jest znacznie ciekawsze.
   Przewrócił oczami, ukazując swoje demoniczne białka. Ktoś z przerażenia zatrzymał akcję serca i padł na stół. Cóż, takie rzeczy zdarzały się bez pomocy Astarotha, dlatego oboje to zignorowaliśmy. Wypiłam jednym haustem cały trunek, po czym, o dziwo, nawet za wszystko zapłaciłam. Barman patrzył się podejrzliwie na solary, nie mogąc uwierzyć, że faktycznie leżały przed nim na ladzie, poza tym czuł od nich bijącą aurę czarnoksięskiej mocy. Nikt nie ufał specjalnie czarnoksiężnikom. Właściwie nie było w tym nic dziwnego, sama miałam wątpliwości co do "znajomych po fachu". Spotkanie dwóch czarnoksiężników na tej samej drodze kończy się zazwyczaj śmiercią jednego z nich, kradzieżą, gwałtem lub bitwą podczas której ewentualnie oboje umierają. Rzadko kiedy jesteśmy do siebie nawzajem przyjaźnie nastawieni, czy odnosimy się do kogokolwiek z szacunkiem. Choćby miał poparaniec wyższą rangę i poziom wtajemniczenia i tak nadal będzie "sukinsynem gorszym od Slokny". Jakby na przekór wszystkiemu, a także aby potwierdzić powyższą teorię, miałam okazję spotkać dzisiaj Proserpine. Wadera przemknęła przez próg smoczej karczmy i pierwsze, co zrobiła, to skrzyżowała ze mną swoje spojrzenie.
- Riaffa. - warknęła w moją stronę.
    Było to jedno z klasycznych przekleństw, używanych w naszym języku zamiast powitania.
- Axsazare, na'aal e. Tassa; ia.  - popłynęło ode mnie.
   Reszta zajęła ułamki sekund. Ja obnażyłam kły i ona zrobiła to natychmiast po mnie. Rzuciłyśmy się na siebie, to mi udało się przyprzeć ją do zamkniętych drzwi karczmy jako pierwszej.
- Nie masz pojęcia, z kim tak naprawdę rozmawiasz, skarbie. - wymruczałam jej do ucha, zaciskając zmieniającą się łapę w dłoń, tą zaś z kolei w o wiele większym stopniu przypominającą szpony z metalu.
   Nie byłam już ani wilkiem, ani człowiekiem, ani demonem, czy wiedźmą lub czarnoksiężniczką. Na tamtą krótką chwilę pozwoliłam jej spojrzeć w oczy, moje prawdziwe ślepia. Cała reszta publiczności zasnęła snem głębokim, pozbawionym czynników możliwych do szybkiego wybudzenia się, nawet Astaroth nie mógł mnie zobaczyć w tej formie. Nikt, prócz niej. Przełknęła z trudem ślinę, nadal przebywając w formie wilczycy.
- Czym ty do diabła jesteś? - wychrypiała ledwo słyszalnym głosem.
   Ściany drewnianego budyneczku stanęły w płomieniach, bowiem ktoś podczas omdlewania potrącił lampkę oliwną. Moja aura wykorzystała to do łatwej oraz szybkiej destrukcji.
- Twoim koszmarem. - odparłam lekko.



   Nazajutrz po bitwie stoczonej z Proserpine, o dziwo, nadal byłam w pełni sił. Astaroth co jakiś czas przypatrywał mi się z niepokojem, poszukując na moim ciele oznak jakiejkolwiek słabości w postaci ran. Za każdym razem daremnie zupełnie tak, jakbym nie doznała niczego. Uśmiechnięta, ubrana w odpowiedni mundur zdobiony złotymi akselbantami, a również naramiennikami, dosiadłam mojego kasztanowego ogiera. Przy siodle miałam od razu przypiętą pochwę na szablę, a z tyłu zamontowany namiot. Założyłam na siebie czarną pelerynę, którą szczelnie zapięłam pod brodą, a kaptur nałożyłam na głowę, by jego cień skrywał rysy mojej twarzy. Musnęłam łydkami boki wierzchowca, aby ten z miejsca ruszył galopem na przegląd wojsk. Pognałam środkiem placu w samotności, obserwując setki Pieczęci dosiadających magicznych wierzchowców na moje rozkazy.
   Wyruszyliśmy o świcie z Yeslah poprzez portal, kryjąc się w zboczach gór, wędrując pod osłoną nocy oraz w cieniu potężnych lasów. Podczas wędrówki miałam czas, by móc zastanowić się dogłębnie nad strategią obalenia pierwszego z Diamentowych Strażników. Wiedziałam, że aby pokonać potężniejszego, będę musiała wpierw pozbyć się każdego słabszego przed nim. Postanowiłam działać na sposób podobny do wchodzenia po drabinie; i w ten sposób zostawić Silent na samym szczycie piramidy podboju, a zacząć od Luki. Musiałam go porwać, aby zwabić w konkretne miejsce kogoś, kto od razu rzuciłby mu się na ratunek, czyli Ritsu. Przyparty w odpowiedni sposób do muru, nie miałby jak działać, a zatem wezwałby samego Shiro. Wkrótce ten również by przybył, a widząc przyjaciół w opłakanym stanie, wpadłby w szał. Wykorzystałabym tą potęgę w połączeniu ze swoją w kierunku Silent. Tak oto miało posypać się w najbliższym czasie domino Diamentowych Strażników, pozostawiając Liderów samych sobie.
   Tak przynajmniej myślałam...
   Rozbiliśmy obóz wojskowy w dolinie najbardziej oddalonej od jakiejkolwiek cywilizacji na Diamentowym Kontynencie. Konie zamknęliśmy w prowizorycznej zagrodzie z dojściem do rzeki, aby mogły się napoić. Rozkazałam podpułkownikowi, by wyznaczył ludzi od ich karmienia w odpowiednim czasie, a sama zajęłam się pomocą przy rozkładaniu płacht namiotów. Nadzorowałam każdą pomniejszą grupkę, wszystkie pionki rozstawione na planszy.
- Wrócił zwiadowca ze Szlaku. - poinformował mnie podchorąży, pochłonięty wbijaniem w ziemię, jak to on zabawnie określił, śledzi.
   Spocona i z rozczochranymi włosami ruszyłam w odpowiednią stronę, z której dobiegał tętent kopyt. Srokatą klacz zatrzymał mężczyzna odziany w biel jednym, delikatnym pociągnięciem wodzy. Staliśmy oddaleni od całej reszty pracujących, poza tym wiatr porywał nasze słowa.
- Pani, Szlak został zniszczony. - rzekł jako pierwsze zamiast powitania.
   Spadło mi na głowę kowadło, dosłownie przygważdżając do ziemi. Czułam się tak, jakby ktoś kopnął mnie w brzuch. Straciłam na dłuższy moment zdolność oddechu.Wraz ze zniszczeniem Szlaku, został zniszczony całkowicie plan podboju. Straciłam jedyny kanał między wymiarami fizycznymi tego świata, w którym mogłabym odebrać moc Shiro, połączyć ze swoją, a w efekcie rozdzielić każdą formę Silent; zarówno duchową, jak i fizyczną na zupkę atomową. Bez tego byłam zwykłą Craerianką, nie zdolną do rzucenia się na przeciw bóstwom. Najpotężniejsza broń Liderów została w ostateczności w dalszym ciągu dla mnie nieosiągalna do pozbycia się z drogi.
- Zwołaj odwrót każdego oddziału zwiadowców i szpiegów. - nie byłam kimś, kto rzucał byle jak kartami po tym, jak zorientował się po przeliczeniu, że nie ma szans na wygraną. Każda z nich kosztowała mnie więcej, niż kiedykolwiek byłam dotychczas zapłacić.
- Tak jest, wasza wysokość. - skinął głową, po czym skierował swoją klacz w las i w nim zniknął.
   Stałam jeszcze przez moment otępiała, gapiąc się w miejsce, w którym widziałam go po raz ostatni.
- Jutro o świcie każdy pułk ma stąd zniknąć. Otworzysz portal do Yeslah w górze za nami. - warknęłam w stronę białowłosego mężczyzny, stojącego po mojej prawicy od początku mojego spotkania z dowódcą zwiadowców. Astaroth nawet nie spojrzał w moją stronę.
- To zbyt ryzykowne. Wrócimy tą samą drogą.
- Nie po to zacierałam ślady we wszystkich sferach, zerowałam działanie waszych aur, a do tego zmuszałam wszystko w tym lesie do snu, żebyś się w tak kretyński sposób ujawnił. - warknęłam w jego stronę złowieszczo. -Twoja niesubordynacja...
- Tak potężne zachwianie Harmonii może zostać wyczuwalne przez wiele godzin. Nie ważne, że nie będzie nikt w stanie dojść do tego, dokąd tak naprawdę przejdziemy. Istotny jest sam fakt, iż zaistnieje dla nich "gdzieś", a tego będą szukać, choćby mieli poświęcić na to resztę wieczności. - wyrecytował mnie sprzed kilku lat, uczącą go podstaw.
   Westchnęłam. Musiałam odpocząć przynajmniej dwanaście godzin, byłam wykończona. Znalezienie tego miejsca zajęło ogrom czasu, a podczas niego wykonywałam zbyt wiele czynności na raz, które z kolei wypompowały ze mnie ogrom rezerwy magicznej. Wiedziałam, że moja Pieczęć miała rację, ale ryzykowanie, że zostaną tak długo oznaczało, iż ktokolwiek będzie mógł nas wykryć. Inaczej sprawa wyglądałaby, gdybym dalej uczestniczyła w wojnie. Miałabym to zupełnie wszystko gdzieś. Teraz już wojny nie było. Diamentowy Kontynent nie miał prawa znać cienia moich prawdziwych możliwości.
- O świcie ich wyprowadzisz. - warknęłam pół głosem, łapiąc się pod boki.
- Tak jest, wasza wysokość.
   Zniknął, zostawiając mnie samą.
   Sama, sama, sama, sama, sama, sama. Nie ma dla ciebie innej drogi.



- Bonjur, madame.
   Nie wymyśliłam tego głosu. On istniał naprawdę, wydobywał się z fizycznego gardła, którego nie stworzyłam we śnie. Na Ciemność, jeżeli tak za nim tęskniłam, że skopiowałam go sobie do tego wymiaru, to naprawdę musiałam coś do niego czuć... Podniosłam na próbę lewą powiekę. Wokół niego zakołysały mi się dodatkowe dwie postacie. To było coś nowego, nieprzewidzianego. Otworzyłam szeroko oboje oczu.
- Kim jesteście? -  mój przytomny głos otumanił trochę mężczyznę. Stracił wątek.
- Mam na imię Alcali Von Jormundgar. - przedstawił się ten po lewej, jego tonacja była głęboka, pełna majestatu królewskiego. -Miło mi panią poznać.
-Ja jestem Elentiya Alharis. - przedstawiła się ta po prawej, zawieszona na ramieniu środkowego jegomościa. - Mi również.
   Usiadłam spokojnie, nadstawiając uszu.
- Ja z kolei Melairene Anguis. - odrzekłam dyplomatycznie, spoglądając wymownie na tego w centrum. - A pan?
   Zamrugał oczami, nie do końca rozumiejąc o co mi chodzi, jakbym pytała go o jakieś równanie matematyczne, albo twierdzenia w fizyce.
- Vertus Von Havoc. - jego towarzysze spojrzeli na niego pytająco, jakby nie potrafili zrozumieć zaistniałej sytuacji.
- Mówiłeś, że ją już poznałeś... - Alcali nie mógł połączyć wątków, które niejaki Vertus musiał mu opowiedzieć, wkręcając tam również mnie. -...i że ma rozpocząć wojnę.
   Wyczułam po nim zniecierpliwienie.
- Przykro mi, ale żadna z tych rzeczy nie odbyła się w tej czasoprzestrzeni. - wyznałam z udawanym żalem. - To musi być jakieś nieporozumienie. Być może pan Von Havoc mnie z kimś pomylił...
   Vertus spojrzał na mnie, mrużąc oczy.
- Zostawcie nas na chwilę samych. Proszę. - popatrzył na nich ponaglająco.
   Obcy wyszli z namiotu o barwach moro. Przez tkaninę przezierało się słońce nadciągające ku niebu coraz wyżej i wyżej, oświetlając jego trupio bladą twarz. Ciemnowłosy mężczyzna popatrzył na mnie jako wilczycę w zadumie, siadając przede mną na ziemi.
- Widzę, że dotrzymujesz obietnicy... - w jego oczach czaił się smutek. -...ale możesz już zostać z niej zwolniona. Wróciłem.
   Nie wrócił. Nazywał się inaczej. Otaczał się swoimi. Wymordował własną sektę. Ciężko było mi odnaleźć w nim tego samego Valaxa kryjącego się pod maską sprzed kilkunastu tygodni, którą swoją drogą dostałam od posłańca mówiącym o jego śmierci. Nie ufałam mu w tamtych czasach na tyle, żeby móc teraz patrzeć na niego w ten sam sposób, co niegdyś. Chciałam, żeby został jako tamten, a ten okazał się mieć dom gdzieś indziej i być kimś innym, niż Craearianinem. Poza tym podobno miałam być szczęśliwa... Ale nie byłam.
   Naprawdę tylko na tyle cię stać?
- To niczego nie zmienia, panie Vertusie. Wojny nie ma, nie było, nie będzie.
   Nie zostało ci w takim wypadku zbyt wiele czasu. Bez ryzykownych posunięć w celu zdobycia większego poziomu rezerwy dogoni cię własne przekleństwo czarnoksięstwa.
- Przecież miałaś zdobyć władzę nad Diamentowym Kontynentem.
   I przeżyć. Nie wszystkie historie muszą kończyć się szczęśliwie.
- Ilość rzeczy, które miałam zrobić w moim życiu jest zbyt duża, żeby o niej w ogóle wspominać.
   Tak po prostu po swoich wszystkich podbojach, morderstwach, podróżach w czasie, bitwach oraz zdobytych trofeach podkulisz ogon?
   Pokręcił głową z niedowierzaniem. Nie miałam zamiaru z niczego mu się tłumaczyć tak, jak on mi. Siedzieliśmy przez dłuższą chwilę w milczeniu, aż nie wszedł ponownie Alcali, a widząc nas w tym stanie, oniemiał. Szybko jednak powrócił do swojej beznamiętnej, kulturalnej miny.
- Czas na nas, Vertusie. - na te słowa wstał, idąc w jego stronę.
   Tęskniłam za tobą.
   Nawet się nie obejrzał.
   Ja za tobą też, Melairene.
   Usłyszenie jego głosu w głowie tak, jak za dawnych czasów okazało się jednocześnie bolesne, a także niezwykle kojące zmysły.

Vertus?
Amera nie pozwoliła mi robić wojny ;-;

Od Vertusa do Melairene

Data:
5 września 2017
Komenatrze:
Brak komentarzy
Edom był wymiarem gorszym od piekła. Trafiały tam demony, które po śmierci w Piekle nie zasłużyły na nic lepszego. Były tu pomioty Lucyfera, samego Szatana, a także sami jego pobratymcy. Edom był krainą pełną mrocznych istot, które po śmierci stawały się bardziej niebezpieczne. Sam Edom jednoczył z wieloma miejscami, z krainą celtyckiego boga Pana, a także miejscem spoczynku reszty Bogów. Niektórzy zwą Edom Mrokiem, miejscem zamieszkania "Złego", gorszego od samego Lucka, który wbrew pozorom przy Alcalim wypada jak mysz przy kocie. Ten wymiar posiada własną mapę, jest osobnym miejscem z wieloma wioskami i miastami. Każdą wioskę zamieszkuje inny gatunek, od wiedźm po demony i wszelakie stworzenia. Przechodząc przez portal na wyspie Hershey, można przenieść się do Arcane lub do Lithy, czyli wiosek najbliżej "stolicy". Pierwsza, zamieszkana przez pomniejsze demony, druga przez jeden klan wiedźm. Razem z towarzyszami wybrałem wioskę demonów, miały one więcej szacunku niż wiedźmy. Pojawiłem się pośrodku miasta, na wielkim placu w kształcie pentagramu. Demony poruszające się po pobliskich drogach przystanęły, a gdy moje oczy zapłonęły czerwonym blaskiem, pokłoniły się nisko. Przewróciłem oczami, jebane lizusy. Jednak w ich oczach krył się również głód, a także iskry pogardy. Wydawałem im się zbyt ludzki, za dużo czasu spędziłem na powierzchni.
- Przyprowadźcie mi trzy konie.- oznajmiłem, aż krzywiąc się z głosu wydobywającego się z mojego gardła. To nie był mój głos, był za niski, zbyt rozkazujący, zbyt... demoniczny.
Po chwili stanęły przede mną trzy demony, trzymające czarne rumaki. Wokół zwierząt krążyły cienie, a ich oczy były puste i zupełnie czarne, nie licząc małych czerwonych kropek, zastępujących źrenice i tęczówki. Wsiadłem na demonicznego konia i od razu pogoniłem go do szybkiego galopu. Dwaj towarzyszący mi śmiertelnicy zrobili to samo. W zaledwie kilka minut opuściliśmy miasto i teraz gnaliśmy już przez uschnięte pustkowie. Na horyzoncie widać było potężne góry, ostatnią wioskę i jednocześnie przejście do krainy tego idioty z lutnią, Pana czy jak temu gówniarzowi było. Po chwili przed nami z mgły wyłonił się potężna twierdza, zbudowana z ciemnego kamienia. Już stąd słychać było krzyki potępionych dusz, wrzaski pełne cierpienia i bólu. Demony mojego drogiego kuzyna przez całą dobę męczyły największych zwyrodnialców. Prawdopodobnie, gdybym nie był z krwi Edomu, również moje krzyki dołączyłyby do tej pięknej orkiestry. Zsiadłem z czarnego rumaka i nakazałem śmiertelnikom czekać, nakładając na nich czar ochronny. Nie chciałem, żeby coś ich pożarło. Westchnąłem i ruszyłem schodami z czarnego marmuru. Dotarłem na ich szczyt, rozejrzałem się po Edomie i odwróciłem się, popychając ogromne wrota. Ukazało mi się coś w rodzaju przedpokoju. Przez środek pomieszczenia biegł czerwony dywan, niknący dalej w cieniu- w przejściu prowadzącym dalej. Wysokie, również ciemne ściany zostały zaczarowane tak, aby nie przepuszczały dźwięku, podobnie jak drzwi po obu stronach komnaty. Na ścianach wisiało wiele gobelinów, ozdobionych w przeróżne wzory i obrazy. Na niektórych umieszczone były dzieje Edomu, na innych Ziemi, a jeszcze na innych wyszyte zostały słowa z wielu proroctw i legend. Pobłądziłem wzrokiem po ścianach i ruszyłem po czerwonym dywanie, wchodząc w mrok. W przejściu nie było żadnej pochodni, ani świecy. Po jakimś czasie w oddali zamajaczyło światło, a ja ruszyłem szybko w jego kierunku. Chwilę potem moim oczom ukazała się wielka sala, oświetlona wieloma pochodniami. Cztery okna ukazywały niemal każdy zakątek Edomu. Na tylnej ścianie, centralnie na środku stał wielki atramentowy tron, z małymi czaszkami wyrzeźbionymi na oparciu oraz z wyrytymi runami na całej powierzchni królewskiego krzesła.
- Vertus, cóż za zaskoczenie.- zza tronu wyłoniła się bestia, otoczona upiornym światłem. Trzy razy większa od normalnego człowieka, z piersią jak beczka. Zamiast stóp miał racice kozła, a długi, zakończony grotem ogon dyndał za nim złowieszczo. Cały porośnięty był czarnymi włosami. Miał upiorną twarz, wystające białe i ostre zęby, zakrzywione rogi na czubku głowy, a przesycone złem oczy o podłużnych źrenicach błyszczały złowieszczo. Jego głos natomiast brzmiał gorzej od mojego, głęboki i niski, acz tak nasycony jadem i złem, że aż sam w sobie przerażał. Jednak ja przywykłem do tego głosu.
- Cześć, Alcali.- skinąłem mu głową.
I wtedy z tamtego miejsca, co diabeł wyłoniła się demonica, niosąca drewnianą skrzynię. Olśniewała pięknem, była czystym wcieleniem pożądania. Jej białe, długie włosy niemal sięgały ziemi, a czarna suknia ciągnęła się za nią. Czarne oczy i blada cera co prawda jej nie służyły, lecz figurę miała niemal idealną. Na mój widok uśmiechnęła się, szczerząc rząd równych, białych zębów, ostrożnie odstawiła drewnianą skrzynię i podbiegła do mnie, rzucając mi się w ramiona.
- Vertus! Jak dobrze cię znowu widzieć!- powiedziała, wypuszczając mnie z objęć.- Kopę lat.
- Dostałem list, podobno macie zamiar wyruszyć na Diamentowy Kontynent.- rzuciłem po chwili.
Bestia opierająca się o tron przybrała postać przystojnego mężczyzny o dumnej postawie i kruczoczarnych włosach.- Alcali, myślałem że ukarzesz mi się w gorszej postaci.
- Mógłbym, ale ostatni demon jakiemu pokazałem swoje oblicze nie potrzebował tortur, żeby wrzeszczeć jak opętaniec. A naszej Elen niemal wypaliłem oczy.- oznajmił ze smutkiem,
podchodząc do dziewczyny i patrząc jej w twarz, w końcu odwrócił się w moją stronę i wlepił we mnie spojrzenie niebieskich oczu, miałem wrażenie, że patrzy prosto w głąb mojej duszy.- Nie poznaję cię, Vertusie. Źle pachniesz, jak śmiertelnik. Lecz wciąż jest w tobie garstka dobrej krwi. Stałeś się okropnie ludzki.
- Przebywałem ze śmiertelnikami dwadzieścia trzy lata. To chyba normalne że przesiąkłem ich zapachem.
- Tutaj minęły dwadzieścia trzy dni.- odparł i zamyślił się.- Zakochałeś się w... mieszkance
Diamentowego Kontynentu.
- Jak zwykle się nie mylisz, Alcali.- mruknąłem.
- Splugawiłeś nasz gatunek! Masz z nią szczeniaka?- warknął.
- Nie... raczej nie.- spojrzałem mu w oczy. Żeby ujarzmić bestię należy spojrzeć w jej ślepia, niestety Alcali nie był zwykłą bestią.
I wtedy zaatakował.
Przez ostatni czas nieustannie rozmyślałem nad jego ciosami, nad sposobem poruszania się,  nad jego szybkością i kątem uderzeń. Jednak diabeł jest nieprzewidywalny, nieobliczalny... i dlatego nie zdążyłem zrobić uniku. Poleciałem na tylnią ścianę i osunąłem się na ziemię. Alcali nagle wyrósł u mojego boku, złapał mnie za gardło i uniósł do góry.
- Jeśli zmieszałeś swoją czystą krew z krwią tej plugawej dziwki, to zabiję i ją i wasze szczeniaki, zanim zdążą ujrzeć światło, nie wybaczę ci tego. Nasz gatunek jest na wymarciu, czystość krwi jest teraz najważniejsza.- wysyczał i po chwili puścił mnie, a ja wylądowałem pewnie na ziemi. Z tyłu mojej głowy sączyła się krew, a adrenalina wciąż buzowała w moich żyłach. Ale nie musiałem martwić się o to, że wyjdę z raną- to co działo się w Edomie, zostawało w Edomie.
- Nie bijcie się,  musimy wyruszyć na Diamentowy Kontynent. Wojna wisi w powietrzu,  to
najlepszy czas żeby przejąć władzę.- powiedziała spokojnie Elentiya.
Alcali wzruszył ramionami i otworzył portal, w który później wszyscy wskoczyliśmy.

Pojawiliśmy na środku targu Elcrys, i jak zwykle nikt nir zwrócił na nas wielkiej uwagi. Wszyscy
byli zbyt zajęci swoimi sprawami, a niektórzy sprzątali ulicę, przygotowując się na przyjęcie
księcia z odległego królestwa.
- Słabo mi.- powiedziała Elentiya, opierając się o moje ramię.
- Gdzie moje moce?- spytał Alcali, oglądając swoje dłonie.
- Wszyscy tutaj mają jedną moc, a ty natomiast jesteś w połowie śmiertelny.- uśmiechnąłem się,
kiedy jeden z wilków pojawił się u mojego boku.- Och, a to jest Agares, mój znajomy z darem teleportacji. Przeniesie nas do Melairene.
- Do twojej nałożnicy?- warknął czarnowłosy, wyraźnie wkurzony.
- Ma dobre kontakty i to zapewne ona rozpocznie wojnę.
- Czyli jednak masz jakiś gust. Tamci śmiertelnicy których przyniosłeś pod twierdzę nie byli zbyt... przyjemni.
- Jak ty zdążyłeś ich...
- Zamknij się,  prowokujesz mnie, a ja mam zgrywać świętego.
Przewróciłem oczami i objąłem Elentiyę ramieniem.
- Agaresie, do namiotu Melairene. I wtedy odzyskasz wolność.- rzuciłem.

Mel?

Od Rachel do Shaytana

Data:
1 września 2017
Komenatrze:
Brak komentarzy
W sumie, to znudziło mi się już łażenie za nim. Popatrzyłam na basiora ze znużeniem.
- No dobra, odczepiam się od ciebie. - mruknęłam i bez żadnego dodatkowego pożegnania. Basior odwrócił głowę i odszedł w swoją stronę. Ja z resztą też. Ogółem zaraz po tym zastanawiałam się, co mam do roboty. Patrolowanie? It.... to uczucie, kiedy ci się nudzi, ale jak już masz pomysł co zrobić, to nasuwają się słowa.... ,, Nie chce mi cię " A moje życie właśnie na tym polegało. Może jakieś stare księgi... heh, nauczę się zielarstwa. Ta myśl wydawała mi się głupia... ale też przydatna. Zawsze można coś skombinować. Jednak.... znowu. ,, Nie chce mi się" Tak więc poszłam na drzewo, czyli tam gdzie zwykle chodzę. Było dość upalnie, więc spodziewałam się burzy. Tak też się stało. Około 15 zaczęło grzmieć, tak więc, wracanie do domu. Ogółem zaczęło mi się nudzić jak psu w budzie. Jeden miesiąc minął mi szybko, gdyż jednak postanowiłam się poduczyć z zielarstwa. Poznałam kilka nowych wilków, pogoniły mnie smoki ( chociaż nic im tym razem nie zrobiłam ), pewien basior się na mnie wydarł, że zepsułam mu polowanie, bo wybiegając z lasu za zającem spłoszyłam jelenia. To się nazywa po prostu... pech.

< Shaytan? Napisałam najkrótsze opowiadanie w moim życiu, co mnie gnębi. Pomysłu brak >

.:AKTUALNOŚĆI:.

Nowa aktualizacja watahy będzie już niedługo :D Encyklopedia już prawie zapełniona, poczekajcie jeszcze troszkę! ~ Amera

Od teraz można być człowiekiem! Zapraszamy do wysyłania zdjęć lub artów twojej postaci jako człowieka.

.:TOPKA:.

© 2017 Eternal Wolves.
All rights reserved.
Design by Agata.