Twitter

.:EVENTY:.

Trwa teraz event pt. "Parada dusz"
Zainteresowanych zapraszam tu: KLIK

.:POGODA:.

Dni stają się coraz dłuższe, a noce krótsze. Cieplejsze dni zawitały do nas, a zimniejsze odeszły daleko daleko stąd. Cała przyroda została już praktycznie obudzona, kwiaty na drzewach i łąkach zaczęły rozkwitać, widać ciężarną zwierzynę co zapowiada ich przetrwanie gatunku a dla nas wspaniałe pożywienie. Wiosna jest okresem częstych deszczy, słonecznych dni, a także wiecznych. Pogoda potrafi się szybko zmienić w ciągu dni, dlatego trzeba być przygotowanym na wszystko. Wiosna to doskonały okres aby poznać swojego przyszłego partnera lub partnerkę, z którą spędzimy możliwe i całe nasze życie.

.:SKYPE:.

Chcesz z nami pogadać na skype? Nie ma problemu! -> KLIK
Jeżeli klikniesz ten link na górze, przeniesiesz się na skype jedynie z możliwością pisania na czacie.
Jeżeli jednak chcesz porozmawiać z nami, z głosem ale bez kamerek, to śmigaj na Skype/zainstaluj Skype i zaproś do znajomych Amerę(Skype -> Amera Castelss), a Amera doda Cię do grupy.
Jak na razie z rozmowy skorzystali: AmeiS, Amera, Lexie, Dannyl, Raven, Luka, Tiago, Xerda oraz Slake!

.:INNE:.

Chcesz coś zmienić w watasze? Oceń Eternal Wolves i powiedz nam czego oczekujesz! -> KLIK

Pamiętaj, aby obserwować nas na Twitterze! Ikonka Twittera znajduje się po prawej stronie od loga watahy!

Czegoś nie rozumiesz? Może chcesz zadać pytanie na asku? -> KLIK

.:KONTAKT:.


AMERA - Adminka
(zmniejszona aktywność)
Doggi - Ali010612
Howrse - Ali010612
Gmail - Sieralioness222@gmail.com
GG - 48141426
Skype - America Castelss

RITSU - Moderatorka
Doggi - lisia98
Howrse - lisia98
Gmail - lisia9855@gmail.com

SHIRO - Moderator
Doggi - cocolino98
Howrse - timenta
Gmail - korzystam z Ritsu gmaila

LEXIE - Moderatorka
(zmniejszona aktywność)
Howrse - Aleksa2003
Gmail - lexie.black01@gmail.com

.:WYŚWIETLENIA:.

.:WILCZE POGADANKI:.

Pogadaj z nami anonimie jeżeli chcesz :3 Nie zmuszamy, ale miło by nam było gdybyśmy się zapoznali :D

Od Shaytana do Rachel

Data:
27 lipca 2017
Komenatrze:
Brak komentarzy
Patrzyłem w osłupieniu, jak wadera pędzi przed siebie na złamanie karku. Nade mną przeleciał cień ścigającego ją zawzięcie smoka.
- Ta to ma z nimi pecha. - mruknąłem pod nosem, wywracając oczami. Przyglądałem się przez chwilę tej scenie. Nie jestem jakimś obrońcą uciśnionych, więc tym razem nie zamierzałem pomóc. Kilkadziesiąt metrów dalej samica postanowiła wykorzystać to, że gęste, splątane korony drzew zatrzymały na moment prześladowcę. Zaczęła coś rysować szybko na ziemi. Runy? - pomyślałem z niemałym zdziwieniem, jednak z podłoża jakby wstał zwierz przypominający karkadanna, w jego nieco zmniejszonej, karykaturalnej wersji o kanciastych kształtach, lecz ostrym, zbyt spiczastym rogu. Nieźle...Wilczyca z prędkością jaszczurki wycofała się w gęste zarośla, a dwa olbrzymy rozpoczęły walkę, co raz nacierając na wroga. Postanowiłem już iść, bowiem robiło się późno, a zamierzałem przejść ze 30 kilometrów przed zapadnięciem zmroku. Dość tych pogaduszek. Zrobiłem krok do przodu, gdy uderzyło mnie coś miękkiego, i przeturlałem się na drugi bok. A jakże, ona. Zapewne stoczyła się ze zbocza. Wzdychając, wstałem i otrzepałem się z kurzu. Spojrzałem na brązową z dystansem.
- Przepraszam...zawsze muszę na kogoś wpadać? - zaśmiała się lekko na końcu. Z pobliża dochodziły głuche trzaski i ryki walczących. Rozejrzałem się i ustaliłem kierunek na zachód, po czym ponownie rozpocząłem monotonny marsz przez dżunglę, pozostawiając waderę za sobą. Na szczęście dziś zrobiło się chłodniej i upał pod osłoną liści (swoją drogą, niektóre się odwdzięczały...ał...cierniami) mi nie dokuczał. A przynajmniej wydawało mi się, że nasza znajomość skończyła się na tamtym odsłoniętym skrawku ziemi, bo po przejściu około kilometra usłyszałem za sobą trzask. Momentalnie wyciągnąłem sztylet i obróciłem się przygotowany na walkę, jednak domniemany stwór okazał się być tą wilczycą.
- Dalej za mną idziesz? - westchnąłem z irytacją. No tak, przecież obiecywała, że będzie za mną leźć, do wyczerpania mojej cierpliwości. Może takie samobójstwo nie jest najgorszym pomysłem. Przytaknęła niepewnie, po czym odparła:
- Serio, dokąd zamierzasz pójść? Masz jakiś cel? - spytała stanowczo. Zapadło między nami milczenie.
- Jeżeli wiesz, gdzie masz ogon, to znasz Fairce. - odparłem, idąc dalej naprzód.
- A i owszem. - usłyszałem jeszcze kąśliwą odpowiedź. Dalej automatycznie przebierałem łapami, wciąż uparcie idąc naprzód. Czasem lekko skręcałem, aby ominąć jakąś przeszkodę. Czułem także nieustannie obecność samicy za mną. Powoli zatrzymałem się i obejrzałem. Nie uśmiechało mi się wlec ją ze sobą. Stanowiła dla mnie zbędny balast, i ryzyko ściągnięcia wrogów. Spytałem więc po chwili spokojnym głosem:
- Nie powinnaś przypadkiem wracać do siebie? -uniosłem brew.
<Rachel? Spoko, tak czasem bywa. I mam małą propozycję co do dalszego pisania na doggi>

Od Melairene- 50 Twarzy Valaxa (+18)

Data:
25 lipca 2017
Komenatrze:
Brak komentarzy
   Po bitwie czułam tylko narastające zmęczenie. Wszystkie mięśnie wydawały mi się być z ołowiu niczym łańcuchy ciągnące mnie ku ziemi. Upadłam na pokład swojego statku, opierając się o drewnianą balustradę, gdy już całkowicie zniknął. Patrzyłam w stronę lądu, dalej, niż ktokolwiek mógłby spojrzeć- na szczyty wież Dworu. Był tam, zalany zachodzącym blaskiem słońca po to, by powitać kolejną, księżycową poświatę niczym pelerynę królewską. Może nawet lepszą od tej, którą dostałam od Valaxa przed tym jak mnie pocałował. Sapnęłam, zamykając znowu oczy i opierając się czołem o tralkę. Uzdrowiłam się samodzielnie za pomocą resztek ze swojej rezerwy.
-Dlaczego nie wykorzystujesz Pieczęci, Melairene? W jednej chwili mogłabyś powstać, żeby pokonać armię składającą się z tamtych statków...- znałam głos Astarotha na tyle, by nawet na w pół przytomnie go rozpoznać.
   Nie umiałam mu odpowiedzieć w taki sposób, jaki tego pragnął. Nie chciałam ani go okłamywać, ani zaprowadzać między nami więcej niedomówień, więc milczałam wymownie. Mógł jedynie strzelać domysłami na ślepo, ale nie robił tego. Prawda była taka, że pożerało mnie coś gorszego od moich własnych błędów, przeszłości czy emocji.
   Była to cena tego, kim byłam wymierzona za to wszystko, czego dokonałam.
-Zabierz mnie do Dworu.- warknąłem rozkaz zdławionym głosem, a Pieczęć tego dokonała w mgnieniu oka.

   Nie minęło zbyt wiele czasu od ostatniego spotkania ze zamaskowanym mężczyzną. Promienie słoneczne musnęły moje powieki, sygnalizując tym samym nastanie świtu. Wstałam, otrzepując się z pierzyn i wychodząc na balkon w samej koszuli nocnej, ciągnącej się jeszcze daleko za mną. Była niezwykle cienka, czułam każdy najmniejszy podmuch powietrza na swoim ciele. Zaczęłam dygotać z zimna, a z moich ust pomknął ku podwórzu obłok pary. Wzięłam głębszy oddech, ciskając w płuca lodowatym powietrzem, który drażnił je niczym gwoździe. Czułam każdy drgający mięsień pod wpływem tego chłodu, co kojarzyło mi się odwiecznie z moim sercem. Fortecą pustą od lat samotności, ulegającą tak prostym namiętnością jakim jest zabijanie czy władanie. Ambicja w tym przypadku była tronem skalanym posoką poległych, ciągnących się po schodach do tego złotego krzesła... W mojej głowie nagle zakwitła myśl, tak czysta i jasna; przypominająca setki poprzedniczek. Przygryzłam wargę, czując w jaki sposób ta przemożna chęć dominuje nad moim ciałem. Wiedziałam już, czego chciałam. Urodziłam się po to, by wstawać oraz żeby dowiadywać się tego każdego kolejnego dnia. Zdobywanie stanowiło nieodłączną część mojej natury, tej dzikiej, nieokiełznanej. Wilczej w każdym calu.

   Dawno, dawno temu w zatoce za siedzibą mojego rywala stoczyliśmy wspólnie bitwę na Wrednej Menadzie z moim jeszcze dawniejszym wrogiem. Ku mojej uciesze, statek nadal był przycumowany nieopodal wybrzeża. Stałam teraz na klifie, właściwie na suficie jego gabinetu w taki sposób, aby mógł zdecydowanie wyczuć moją obecność składającą się z aury zniecierpliwienia, a w tym również potężnej magii. Zapewne zaniepokoiło to jego towarzyszy, ale miałam to zdecydowanie w poważaniu. W końcu (a mówiąc: "w końcu" miałam na myśli po kwadransie) zjawił się, nadal w czerni i zamaskowany.
-Długo ciebie nie było. Już myślałem, że jesteś tak słaba, ale właściwie to wyleczyłaś się jeszcze zanim Astaroth po ciebie przybył.- stwierdził zamiast powitania,
-Odpowiadając na twoje nie zadane pytanie; to nie, nie unikałam ciebie po tym jak mnie pocałowałeś.
   Parsknął zduszonym chichotem.
-Nie muszę już mówić do ciebie niczego, bo i tak będziesz w stanie przewidzieć większość tego, co mam zamiar ci powiedzieć. Co byś zatem zrobiła, gdybym wylewał z siebie potoki słów bądź milczał?- spojrzał na mnie z nikłym zaciekawieniem, raczej podjudzał mnie do kolejnej gry słów w naszym wykonaniu.
-Gdybyś milczał, nazywałabym cię małomównym tchórzem...- znowu zaczął się śmiać. -...natomiast podczas twojej wylewności w końcu miałabym ciebie dość i musiałabym cię uciszyć.
-W jakiż to sposób tak arogancka, nie wdzięczna kobieta, jak ty miałaby...
   Zdjęłam mu z twarzy maskę i pocałowałam go namiętnie. Ten pocałunek od tamtego różnił się przede wszystkim tym, że Valax teraz nie miał żadnych zahamowań tak jak ja. Byliśmy z jakiegoś bliżej nieokreślonego powodu coraz bardziej wściekli, żądając sposobu, by wreszcie wylać z siebie cały ten gniew. Dlatego przygryzał moje wargi, natarczywie wciskając język do moich ust. Oplotłam ręce wokół jego szyi, a on pociągnął mnie do siebie, ściskając mnie swoimi dłońmi w talii. Gorset mojej sukni nigdy nie wydawał mi się tak ciasny, jak teraz był. Nie mogłam oddychać, musiałam na moment się oderwać od jego zachłannych warg. Przesunął dłonią wzdłuż moich bioder, do wcięcia w sukni, aż nie napotkał opuszkami nagiego skrawka mojego ciała pomiędzy zakolanówkami trzymającymi się na podwiązkach, a stringami. Bawił się nią, aż nie pociągnął mnie za nogę, drugą ręką podnosząc mnie w talii. Zawisłam w przestrzeni pomiędzy jego ciałem, niebem, a ziemią.
   Czas na tą chwilę przestał płynąć.
   Jedno mrugnięcie moich oczu, a pojawiłam się wraz z nim w zupełnie innym miejscu. Zachowywaliśmy się tak, jakbyśmy tańczyli, mimo wszystko pozbawieni muzyki. Jedyne, co nas prowadziło, to nasze własne pragnienie. Ogień, nie mogący w nas zgasnąć od naszego pierwszego spotkania. Gwałtownie ściągaliśmy z siebie ubrania... Wiedziałam, czego chciałam. Zawsze tak było. Oboje nas spowijała ciemność składająca się z jego tajemniczego jestestwa, a w tym i mojego. Nie potrzebowaliśmy do tego mroku nocy; sami nią byliśmy.
   Wkrótce po tym, kiedy nie zostało na nas nic materiałowego, już niezamaskowany mężczyzna pchnął mnie na swoje ogromne łoże, ale nie w jego siedzibie.
   Byliśmy gdzieś zdecydowanie indziej, z daleka od wszystkiego, co znałam...

VALAX, love me like you do, lo-lo-love me like you do 
Love me like you do, lo-lo-love me like you do 
Touch me like you do, to-to-touch me like you do 
What are you waiting for?



   

Od Rachel do Shaytana

Data:
25 lipca 2017
Komenatrze:
Brak komentarzy
Przez chwilę stałam w miejscu po czym poszłam na południe. Ściemniało się. Wdrapałam się na jakieś średnio wysokie, mocne, liściaste drzewo, i położyłam się na gałęzi, po czym zasnęłam. Śniły mi się... jakieś smoki. Moje sny zwykle działają jako przepowiednie gdyż następnego dnia... 
Lekko otworzyłam oczy. Która tak właściwie jest godzina? Uniosłam wzrok i popatrzyłam na niebo. Około południa. Bolał mnie brzuch... drzewo nie nadaje się do spania, chyba, że są na nim liany. Wstałam i przeciągnęłam się ziewając. Ech... chwila... Zeskoczyłam z drzewa i poszłam w stronę gniazd. Nie gniazd ptasich. Gniazd smoczych. Niektórzy uznali by to za zabawę, marnowanie czasu,  inni za głupotę, a jeszcze inni mieli by to gdzieś. Ja należałam do tych, którzy są zbyt naiwni. 

*** 16 minut później ***

To nie był dobry pomysł. Najadłam się, ale smok to nie jest odpowiedni wróg, a zwłaszcza jeżeli już z takowym zadarłeś. Biegłam ile sił w łapach przez las. Jakiś smok nade mną. Boże... ale ja głupia jestem. I nagle... coś miękkiego. Po paru sekundach dotarło do mnie, że to ten sam basior, którego spotkałam wczoraj. 
- Następnym razem uprzedzaj, że masz zamiar na mnie wpaść, a przynajmniej uważaj jak biegasz. 
- He he he.... - ryk smoka - No to pa! - wrzasnęłam i pobiegłam dalej. 
- Ej! A ty gdzie! - Nie za bardzo zastanawiałam się nad odpowiedzią, bo byłam już kilkanaście metrów dalej. 

< Shaytan? Wybacz, że długo, krótkie i bez sensu, ale zabrał się za mnie brak weny >

Chuuya - Ktoś ty? [12]

Data:
21 lipca 2017
Komenatrze:
Brak komentarzy
- Mogę jakoś pomóc? - przekrzywiłem łeb.
- No nie wiem - mruknęła.
- No jak to nie wiesz? - uśmiechnąłem się
- No tak, po prostu, nie wiem czy się nadajesz - odwróciła się do mnie.
- Spróbuję się nadać - wyszczerzyłem się bardziej.
- No dobrze, to chodź - przewróciła oczami i ruszyła w sobie znanym kierunku.
Podążyłem za nią.
- Zatem musisz pomóc mi znaleźć...- zaczęła wymieniać.
- Dobrze - przytaknąłem, gdy skończyła.
- Czy ty mnie słuchałeś?
- Oczywiście, że tak - spojrzałem na nią.
- No dobra, zobaczymy - na jej pysk wbiegł lekki uśmieszek.
I tak nam zleciało popołudnie. Zbieraliśmy zioła i inne rośliny. W końcu wszystko co było potrzebne dla Amery zostało zdobyte.
- Widzisz, przydałem się - zaśmiałem się lekko.
- Całkiem, całkiem.
- Skoro już teraz jesteś wolna to może gdzieś pójdziemy? - zapytałem.
- Hmm - udała zamyśloną, na co przewróciłem aktorsko oczyma - No dobra.
- Tak? No to...w sumie mamy już wieczór, zaprowadzę cię w takie jedne miejsce...- mruknąłem.
- No daj mi tylko zanieść te rośliny do domu - mruknęła - Poczekaj tu na mnie.

~~**~~~~**~~

Oczekiwałem na waderę. W końcu się pojawiła. Miała ze sobą butelkę jakiegoś trunku, uśmiechnąłem się.
- Zatem chodźmy - odparłem i ruszyłem
- No dobrze - zrównała ze mną krok i szła przy moim boku. 
Mijaliśmy różnorodne drzewa i krzewy. Słońce już prawie zaszło, gdy stanęliśmy nad urwiskiem. Było to całkiem wysoko, przed nami rozpościerał się ładny widok, dodatkowy urok zapewniła mu pora dnia. Usiedliśmy.
- I jak? - obdarowałem ją uśmiechem.
- Całkiem tu ładnie - wpatrywała się w krajobraz.
Po niedługim czasie otworzyliśmy butelkę i piliśmy z niej na zmianę w ciszy.
- Wiesz taka piękna noc i to na dodatek w takim miejscu! Niestety to my tu jesteśmy, ten widok jest dla dwojga zakochanych. Może tu powinien być inny basior i wadera...co za strata.
- No co ty powiesz...- zaczęła mi się przyglądać.
- Pokochaliby to miejsce i siebie jeszcze bardziej, jednak jesteśmy tu tylko my. My, którzy nie mamy szans - wstałem.
- Czy ty coś sugerujesz? - zmrużyła oczy.
- I tak nie jesteś w moim typie, Amero - uśmiechnąłem się chytro.
- Och naprawdę? - udała zdziwienie.
- Dokładnie, nic nie iskrzy, co za strata! - zacząłem chodzić po niewidzialnej linii prostej.
- Możesz się podobać komuś innemu, mi na pewno nie. Ja po prostu nie czuję nic...- powiedziała i także wstała.
- Czyżby? - odwróciłem się w jej stronę.
- Oczywiście! 
- No widzisz...tracimy taką piękną noc - pochyliłem lekko głowę, wciąż się uśmiechając.
- Może czasami i wyglądasz uroczo, lecz znajdź sobie jakąś waderę, która ma nadzieję na romans, bo to nie ja! - odparła.
- Ty to ty, która nie czuje nic w tą noc! - podniosłem łeb i podszedłem do niej bliżej.
- Pozwól, że to ja o tym zadecyduję - mruknęła z uśmiechem.
- Tylko zdecyduj...- burknąłem i spojrzałem w jej żółte ślepia - Więc się zgadzasz?
- Chyba tak! - odpowiedziała.
Podszedłem jeszcze bliżej białej wadery i złożyłem na jej ustach pocałunek. Wszystko zaczęło grać w mojej głowie. 


Ami? xd

Skaza do Kígyó

Data:
21 lipca 2017
Komenatrze:
Brak komentarzy
Zapadł zmierzch. Większość wilków poszła spać i nad okolicą zapanowała błoga cisza - nie da się ukryć, że to właśnie była moja ulubiona pora doby, kiedy to niknął zgiełk, a powietrze robiło się rześkie. Postanowiłem udać się na przechadzkę zapoznawczą. Tereny, które zasiedla wataha, do której teraz należę są przeogromne i nawet wilk w pełni sił nie zdążyłby się z nimi zapoznać zbyt szybko. Wziąłem sakiewkę oraz listę ziół, których zabrakło w moich zapasach, a nuż uda mi się coś odnaleźć.
Mrok do cna opanował las i teraz szedłem już w zupełnym spokoju. Oddaliwszy się o co najmniej pięć kilometrów od mojej posiadłości, omal nie zostałem zbombardowany ogryzionymi zwłokami myszy. Zadarłem łeb do góry. Na gałęzi zwieszała się samica, susząca zęby. ,,Jakaś niewychowana wadera.” – pomyślałem. Skrzywiłem się na jej widok i prychnąłem z pogardą. ,,Jeszcze jeden taki wyskok i tego pożałuje.” – znów odezwał się głos mojej świadomości. Ruszyłem dalej starając się utrzymać gniew w ryzach. Wkrótce ścieżka zaniknęła całkowicie i od teraz przyszło mi przebywać dziewicze gęstwiny. Właściwie to całkiem spodobała mi się wizja bycia wilkiem, który stąpa po tych terenach jako pierwszy od dawna. Pomyślałem, że lepiej będzie przemierzyć te tereny pod postacią sowy, aby nie męczyć się tak przedzieraniem się przez chaszcze, a przy okazji dokładniej zbadać roślinność – być może znajdę coś przydatnego.. Ukryłem zatem sakiewkę pod stertą liści i wyruszyłem w podróż. Jak się okazało przeczucie mnie nie myliło, znalazłem wiele rzadkich roślin. Zebrawszy je, odłożyłem do torby. Po chwili wyczułem apetyczny zapach… bardzo apetyczny. Czymkolwiek było to stworzenie, postanowiłem je odnaleźć i schwytać. Ponownie wyruszyłem w lot. Zdając się na węch, po żmudnych poszukiwaniach odnalazłem to urocze, słodkie stworzonko. Jego mięso, mięśnie poruszające się pod cienką skórą, przyprawiało mnie o dreszcze rozkoszy, gdyż już czułem jego smak. Z gałęzi pozwoliłem sobie jeszcze na chwilę obserwacji ostatnich chwil życia tego trawojada.
Rozwinąłem skrzydła i nabierając prędkości, w locie zmieniłem się w wilka. Wbiłem zębiska idealnie w tętnicę. Utrzymanie trzepoczącego się z przerażenia, bólu i rozpaczy cielska nie było łatwe. Zwłaszcza, że rozpraszał mnie ten silny zapach i smak. Kiedy już danie było gotowe, postanowiłem wywlec je na bardziej otwartą przestrzeń, gdzie w spokoju będę mógł je skonsumować.
Puszczając w niepamięć incydent sprzed kilku godzin, przeszedłem obok drzewa, z którego niegrzeczna wadera chciała mnie obrzucić resztkami swojej przekąski. Rozłożywszy się ze smakowitą zwierzyną, instynktownie spojrzałem na wspomniane drzewo, próbując dostrzec czy aby nadal nie kryje się tam jakaś nieproszona na moją kolację podlizna. Błysnęły rdzawe ślepia i zeskoczyła z drzewa, zaczynając dialog. Patrzyłem beznamiętnie. Przypomniało mi się, że zostawiłem sakiewkę kilkaset metrów stąd. Musiałem ją jak najszybciej odzyskać. Zastanawiałem się intensywnie czy zostawiając mięso, będzie ono bezpieczne i czy nachalna wadera nie zechce mi go porwać. Postanowiłem wystawić ją na próbę i zaryzykować. Zawsze będę mógł się na niej zemścić, jeżeli zrobi coś wbrew mnie. Usłyszałem tylko trzepot wielkich skrzydeł. Nie odwróciłem się.
Wróciłem po chwili. Mięso nieruszone, jeszcze ciepłe. Przystąpiłem do posiłku, pełen zdumienia, że nie skusiła się na tak apetyczny kąsek.
Po posiłku udałem się na odpoczynek. Wspaniała, oświetlona słabym światłem księżyca polana w sercu lasu, z wysoką bujną trawą. To było moje miejsce na krótką drzemkę. Ułożyłem się wygodnie. Usłyszałem szelest. Poczułem zapach natrętnej wadery. Postanowiłem udać, ze mnie nie ma. Może mnie nie zauważy… Nadzieja matką głupich. Już po chwili przygniotło mnie jej cielsko. Warknąłem rozwścieczony, jednak zamiast przeprosić tylko wybuchła śmiechem. Potem zaczęła bredzić, obarczając mnie winą, za to, że nie umie chodzić. Dotknęła mojego nosa, co nieco zbiło mnie z pantałyku. Dawno nikt nie ośmielił się mnie dotknąć...
Warknąłem dopiero po chwili, rozwścieczony jak diabeł. Aż dziw, że jestem neutralny. Inni uznaliby mnie za demona, niewątpliwie.
- A ty co? Śledzisz mnie, czy jesteś ślepa? 
Wadera zrobiła duże oczy z zaskoczenia, ale nawet mój gniew nie wyprowadził jej z dobrego humoru. 
- Śledzę uciekającą trawę. - oznajmiła. Pomyślałem, że nie każde zioło to trawa, ale postanowiłem oszczędzić sobie tej uwagi. Zobaczyłem, ze naprawdę jest ślepa. 
- Takie smarkule nie powinny się włóczyć o tej porze same po lesie. - oznajmiłem już całkiem bez gniewu. Postanowiłem się zabawić jej kosztem. Trochę postraszyć, podroczyć się. Zawsze to jakaś atrakcja. Wadera zmarszczyła czoło. 
- Tacy starcy jak ty, już dawno gryzą glebę. - odparła. Nie wydawała się na urażoną, ale nie dała sobie w kaszę dmuchać. Widać nie należała do typu "ciepłych kluch".
- Cięta riposta. Podoba mnie się. - oznajmiłem

<Kígyó?> :D

Amera - Ktoś ty? [11]

Data:
19 lipca 2017
Komenatrze:
Brak komentarzy
- Zakochać się? – Potrząsnęła głową, aby pozbyć się jeszcze bólu od upadku.
- Tak, zakochać się. – Basior był uśmiechnięty, wydawała się od niego promieniować radość, ale także lekkiego zawahania oraz nieśmiałości, waderze jednak na razie się ta radość nie udzielała. Raczej marzyła teraz o tym, aby wstać i nie doznać jeszcze więcej zderzeń z innymi wilkami. Powoli podnosiła się, aby poruszać jedną z przednich łap, która przy upadku dość niefortunnie się ułożyła lecz wszystko było w porządku.
- Ciekawe w kim. – Powiedziała pod nosem, sprawdzając jeszcze inne łapy, nie patrząc się na wilka.
- Jest taka jedna, ma białą jak śnieg sierść… - Popatrzył się na waderę jakby coś sugerował, jednak Amera nie dostrzegła tego. Albo dostrzegła? Kto wie. Samica dawno odizolowała się od miłosnych zagrywek, dawno nie widziała wzroku zakochanego od czasu jej poprzedniego partnera, z którym miała szczenięta. Wtedy to pchnięta strachem po utracie odeszła od niego, a wcześniej on sam już sugerował, że zostawi waderę bo nie mógł wytrzymać jej depresyjnego stanu po stracie dzieci.
- No to szczęściara, w tych czasach łatwej o kogoś do towarzystwa niż na stałe, więc ma szczęście. – Amera lekko się uśmiechnęła do basiora.
- Oj ma. – Wydawał się coraz bardziej promieniować szczęściem, samica trochę uległa temu wpływowi, lecz miała robotę do wykonania. Z lekkim uśmieszkiem odeszła od Chuu. – Hej, gdzie idziesz?
- Mam robotę do wykonania, muszę zebrać potrzebne rośliny. Ostatnio wiele choruje, muszę uzbierać tego wszystkiego na zapas.

Chuuya?

Prawie te pięć tysięcy!

Data:
18 lipca 2017
Komenatrze:
Brak komentarzy
Hej wilczki!
Na watasze prawie wybiło nam prawie 5000 postów! Aktualnie jest ich 4744, a wraz z tym postem – 4745! Z tego powodu chce wam kilka słów powiedzieć, a także przedstawić wam statystyki na dziś:


WYŚWIETLENIA POSTÓW I STRON
Posty
Najbardziej odwiedzany post:
Od Shaytana[Parada dusz – zadanie 2] – 24 wyświetlenie

Zaraz po nim są:
Propozyszyn - Ankieta – 15 wyświetleń
od Shaytana do Rachel – 9 wyświetleń

Strony
Najbardziej odwiedzaną stroną jest;
.:CHAT:. – 68 wyświetleń

Zaraz po niej są;
.:ENCYKLOPEDIA:. – 31 wyświetleń
.:LIDERZY:. – 17 wyświetleń

ŹRÓDŁA RUCHU SIECIOWEGO
Adresy odsyłające do EW;
Google - 5
Royalog - 3
Interyka - 3

ODBIORCY
Polska – 740
Wielka Brytania – 43
Stany Zjednoczone – 19
Ukraina – 10
Niemcy – 8
Portugalia – 7
Hiszpania – 1



Kilka słów od Amerci...
Moi drodzy… Ja serio nie umiem… Nie wiem jak wyrazić tą wdzięczności do was. Tego się nie da ująć w zdaniach, w poście, w solarach czy dowolnym przedmiocie dla waszych wilków ze sklepu jako prezenty. To jest po prostu niemożliwe. Nie wiem co mogę zrobić, aby wam pokazać tą wdzięczność, jakich słów mogę użyć… Ale chociaż spróbuję ująć to tak;
Jesteście naprawdę zajebistą ekipą, lepszej sobie nie mogłam wymarzyć. Każdy wnosi coś unikatowego do watahy, samą już swoją obecnością przynosicie mi tyle szczęścia i radości. Dumy przede wszystkim, że udało mi się zbudować takiego bloga na którego chętnie przychodzicie i spędzacie czas. Gdzie możecie się wyluzować, pośmiać, porozmawiać o zainteresowaniach. Nadal uczę się jak lepiej prowadzić bloga, aby czas spędzony na watasze nie był stracony, a pełen wrażeń i oczywiście miły, nadal uczę się rozwiązywać konflikty tak, aby nie zaszkodziły one obu stronom w kłótni, nadal uczę się bycia lepszym administratorem bloga. Wybaczcie mi jeżeli nie spełniłam waszych oczekiwań co do prowadzącej bloga, ale wiedzcie że staram się jak mogę i wkładam w tego bloga maximum miłości, a także pracy. Dziękuję tym wszystkim, którzy trzymają się tutaj praktycznie od początku EW i nadal nie znudzili się moimi eventami, fabułami czy innymi rzeczami. Dziękuję również wszystkim nowym osóbkom, że wybrały akurat Eternal Wolves i jeszcze nie zawiodły się na nim. Dziękuje wszystkim, którzy pomagają mi, którzy tworzą tutaj nowe strony, nowe rzeczy, nowe historie, nowe postacie… Jesteście dla mnie niezwykle ważni, staram się poświęcać uwagę każdemu. Nie wiem co tutaj jeszcze napisać, chciałabym coś jeszcze dodać lecz jak wspomniałam powyżej – po prostu nie wiem jak jeszcze wyrazić wdzięczność do was.

Czy wataha spełnia wasze wymagania? Czegoś brakuje? Może chcielibyście coś dodać? Coś polepszyć w zachowaniu administracji? Chciałabym znać wasze zdanie, dlatego zapraszam do podzielenia się opinią, nie tylko na temat tych czterech pytań, w komentarzach bądź na czacie. Byłabym wdzięczna.

Jeszcze jedna sprawa; na 5000 postów chcielibyście jakiś mini konkursik/event/rzecz ze sklepu/wybraną ilość solarów przez administracje? A może z okazji tego postu chcielibyście coś zrobić/dostać? Zgłaszajcie do mnie propozycje, chętnie przyjmę wszystkie!

~ Pisała: Amera
Miłego dnia/wieczorku!

Od Kígyó

Data:
18 lipca 2017
Komenatrze:
Brak komentarzy
Mrok zastępował powoli jasność. Było cicho i spokojnie, bowiem większość wilków zniknęła już w jaskiniach, szykując się do przespania nocy. Wprawdzie demony, a przynajmniej tak mi się zdaje, częściej żerują w nocy, ale część z nich pewnie przebywa w dzień na targu, to kiedyś muszą spać.
A ja, mądra, akurat wyruszałam na swe łowy. W myślach już planowałam, czy zabić sowę, czy jednak zapolować na jakieś inne zwierze.
   Co chwilę potykałam się o jakieś kamienie, czy może gałęzie, robiąc przy tym trochę hałasu. Ale tak to jest, kiedy nie widzi się na jedno oko.
Dziwiłam się, że jeszcze nic mnie nie zaatakowało. Żadnych krwiopijczych owadów, zombie-łosi ani strzelających z dziobów strumieniami wody ptaków? 
*~*
Zawisłam głową w dół, składając skrzydła i wbijając kły w małe stworzonko. To jedyne, co udało mi się upolować, dlatego się trochę wściekłam. Mysz była najwyraźniej głucha, bo zrobiłam tyle hałasu "skradając" się do niej, że ta powinna zdążyć uciec, a jedynie stała i gryzła ziarno.
    Pode mną przeszedł prawdopodobnie  niczego nieświadomy wilk. Wypuściłam szkielet z pyska, gdy ten osobnik był parę metrów dalej. Gwałtownie się odwrócił i najpierw patrzył na pozostałości z mojej ofiary, a potem skierował wzrok w górę. Uśmiechnęłam się niewinnie, łypiąc nań oczami.
Po sylwetce uznałam, że był to basior. Tak więc, ten basior prychnął i poszedł dalej, jakby hybrydy wilko-nietoperzy były tu codziennością. A może są? Nie wiem, przecież jestem tu nowa.
Wystawiłam rozdwojony język w żartobliwym geście, choć wiedziałam, że i tak tego nie zobaczy.
      Parę godzin później, śpiąc wciąż głową w dół, moje ucho poruszyło się, podrażnione delikatnym szelestem traw. Otworzyłam gwałtownie oczy i oplotłam ogon wokół szyi. Wilk wracał, ciągnąc za sobą ofiarę. Zatrzymał się pod jednym z suchych krzewów parę metrów dalej i próbował dostrzec me rdzawe oczy lub po prostu; odpoczywał.
Zaśmiałam się, lekko przekrzywiając łeb, gdy uznałam pierwszą opcję za raczej bardziej prawdopodobną.
– Przecież cię nie zjem. Nawet specjalnie mi się atakować nie chce. – obróciłam głowę, by widzieć go jedynie zdrowym okiem. Nie wiedziałam, czy postępuję dobrze, zagadując w ten sposób. No ale cóż... Póki nie spróbuję, nie będę wiedziała, czy było warto.
Nieufnie zrobił parę kroków i wyminął mnie, jakby mając podobne myśli . Myślałam przez chwilę, że zacznie uciekać, jednak spokojnie kroczył dalej. Zwracam honor!
Odprowadziłam go wzrokiem po czym poderwałam się do lotu, przecinając powietrze błoniastymi skrzydłami.
***
  Zmrużyłam powieki, przeszukując spojrzeniem słabo oświetloną polankę. Zależało mi na paru trawach, które w czasie samotnej wycieczki mijałam.
Skończyły mi się zapasy ze starej watahy, i choć miałam już dość ich urokliwe go zapachu, postanowiłam je zdobyć.
Po nieudanych poszukiwaniach, wykorzystałam swą umbrokinezę. Ni stąd ni zowąd towarzyszyły mi dwa cieniste węże. Rozsunęły się w poszukiwaniu roślin. 
Buszując już parę minut w trafie, natrafiłam na leżącego wilka. A raczej przewróciłam się na niego. 
–  Uważaj! –  warknął. Prychnęłam rozbawiona.
–  To nie leż jak kłoda na ziemi, gdzie trudno cię zauważyć. Jak zależy ci na bezpieczeństwie, to właź na drzewa.
Uniósł brew. W sumie, to basior wydawał się samotny. No bo kto bez chociażby przyjaciela śpi wśród wysokiej trawy, gdzie nikt nic nie widzi i jest narażony na atak? 
–  Boop! –   dotknęłam jego nosa łapą. Przez chwilę zezował, po czym odsunął się z niezbyt przyjazną miną.



Ktoś? Basior? c:

Od Shaytana do Rachel

Data:
14 lipca 2017
Komenatrze:
Brak komentarzy
Wilczyca w niewiarygodnym tempie wdrapała się na szczyt drzewa i siedziała tam z niewyraźną miną, niemalże trzęsąc się ze strachu. Prychnąłem z pogardą, ale równie zaskoczony wpatrywałem się w mały szkielet przypominający smoka, który uparcie podążał w jej stronę. Na pierwszy rzut oka wydał mi się niegroźny, jednak w tym samym momencie zaczął w swoją stronę przyciągać drobinki ziemi, i powiększać. Moje źrenice się rozszerzyły. Co to w ogóle za stworzenie? Zagrożenie rosło. Błyskawicznie nakreśliłem w ziemi linię przypominającą strzałę, i po chwili wystrzeliła w stronę stwora, uderzając go w tył, aż się przewrócił. Zatrzymał na mnie ,,spojrzenie" swoich pustych oczodołów, ale ponownie zajął się waderą. Wczepił swoje zakrzywione pazury w korę drzewa, zamierzając się na nie wspiąć. Poirytowany skoczyłem w jego stronę, i popchnąłem go z całej siły. Poleciał w górę i przeturlał się kilka metrów dalej. Zjeżyłem sierść i obnażyłem kły, warcząc pod nosem. Tym razem szkielet skupił się na mnie. Dwa razy większy i wypełniony ziemią zaszarżował. Z łatwością go wyminąłem, jednak wtedy skoczył na mnie i zaczął ranić ostrą jak brzytwa szczęką. Odtrąciłem go łapą, i ponownie zaatakowałem, uderzając z góry. Stwór wydał z siebie dziwny dźwięk przypominający połączenie charczenia i syczenia. Kości rozsypały się, lecz jak w moich przypuszczeniach pozbierały się znów, poorane moimi pazurami. Smok potrząsnął gniewnie głową, szykując się do ciosu. Szybko narysowałem runę w powietrzu. Zajaśniała fioletowym światłem, i rozprysła się na stworzeniu.
- Kha! - zaczął drgać i poruszał się znacznie wolniej niż przedtem. Czyli jednak został powołany do życia za pomocą magii. Rzuciłem się znów i zacisnąłem szczęki na jego kręgosłupie. Szarpał się mocno, a przegryzienie mogło zając mi sporo czasu. Nagle przestał się tak wyrywać. Kątem oka zauważyłem wilczycę przytrzymującą go. Z całej siły wbiłem kły w kość, łamiąc ją. Wszystko zwiotczało, i stało się tylko stosem białych patyków. Podniosłem łeb i wyplułem resztki. Wzdychając, rzuciłem krótkie spojrzenie waderze. Zarzuciłem ponownie torbę na szyję. Wtem samica powiedziała cicho:
- Dziękuję. - zatrzymałem się w pół kroku.
- Nie ma za co. - szedłem dalej, a ona podążała uparcie za mną. Zbliżała się noc. Wszystko szarzało i ciemniało. Jakoś znalazłem tuż po zmroku niewielką polankę otoczoną ciasno drzewami. Obejrzałem się do tyłu, i zaskoczony napotkałem pysk wadery tuż przed sobą.
- To co zamierzasz zrobić? Wracać po zmroku?
- Przenocować. - odparłem krótko. Wyjąłem linki do zamocowania.
- Właściwie, to co ty robisz?
- Podróżuję. - odparłem trochę zniecierpliwiony z politowaniem. Przywiązałem jedną linę na obu końcach do dwóch gałęzi nade mną, a pozostałe do bocznych. Wyjąłem dużą, nową płachtę, po czym wdrapałem się na pień i zarzuciłem na to materiał. Zadowolony wszedłem do środka schronienia. Ona wciąż stała na zewnątrz.
<Rachel? To jak będzie?>

Propozyszyn - Ankieta

Data:
13 lipca 2017
Komenatrze:
Brak komentarzy
Hej wilczki!
Przychodzę dziś do was z propozycją oraz zapytaniem. Bez zbędnych opisów wstępu, zapraszam do czytania.

Jak wiemy do profili naszych postaci używamy zdjęć oraz rysunków. To z Pinterest, to z Deviantart, tamto z Google, a to z Zszywki… Ogólnie dużo tych zdjęć. I zgadnijcie co. Niektóre nie mają podpisu autora. Wtedy trzeba wejść na stronę gdzie się znalazło takie zdjęcie i poszukać nazwy autora, abym później mogła go podpisać pod zdjęciem oraz podlinkować do strony wykonawcy. Ale tutaj pojawia się problem pod tytułem; „Strony takie jak Zszywka czy Pinterest to skupiska obrazków”. Trudno znaleźć tam oryginalnego autora, jasne można dodawać tam swoje dzieła jeżeli tak wygodnie, ale ogólnie to nie zdarzyło mi się znaleźć twórcy więcej niż 2 razy. No więc dochodzimy [ ( ͡° ͜ʖ ͡°) ] do takiej sytuacji, gdzie w formularzu do watahy nie podajemy autora. Jeżeli udaje mi się to znajduje wykonawcę grafiki/zdjęcia, ale jeżeli nigdzie nie znajdę jakiegoś pewniaka iż zdjęcie/art są wykonane przez danego autora to zdjęcie trafia do watahy nie podpisane. W przybliżeniu nazywa się to kradzieżą praw autorskich.
Tak więc pewnego niesamowitego, pięknego i jakże słonecznego dnia (czyt. Wczoraj) naszła mnie myśl o lineartach. Może by się na nie zdecydować? Stwierdziłam, że fajnie by było. Nikt by się nie czepiał praw autorskich, przecież kolorowanie wilka to już moja własna sprawa, a wystarczy napisać kto był autorem lineartu. Czyż nie jest to prostsze? A sierść postaci i jej kolorowanie? Teraz otwiera Ci się brama pod tytułem; „Kolorujesz jak chcesz”. Wiesz, że teraz możesz bardziej personalizować swoją postać? Według twojego pierwotnego zamysłu, może zostać stworzony wilk z kolorami jakie ty chcesz, a nie od razu przedstawiona maść na zdjęciu i takiej masz używać. I tak pewnie przekopywanie Internetu w poszukiwaniu idealnego zdjęcia może zająć długo, a może w ogóle nie znajdziesz takiego zdjęcia? Jest wiele zalet lineartów, można dodawać rany, której na zdjęciu mogło zabraknąć, różne kolory oczu(w tym heterochromia), może nawet robotyce oko!
Może niektóre linearty, które wybrałam mogą mieć styl kreskówkowy(?), nie wiem jak to określić, ALE i tak nie chce rezygnować z realnych wilków.

Teraz przedstawię Ci aktualny stan lineartów które były w miarę realistyczne i udało mi się je znaleźć:
19 póz dorosłych wilków;
           - 1 wilk na 1 kratce = 12
           - 3 wilki na 1 kartce = 1
           - 4 wilki na 1 kartce = 1  (dla przemiany)
7 póz szczeniąt;
           - 1 szczenię na 1 kartce = 7

O co chodzi mi z wilkami na kartce? 
Dla przykładu dam jeden dowolny lineart 1 wilk na 1 kartce -> KLIK
Teraz 3 wilki na 1 kartce -> KLIK
Oraz 4 wilki na 1 kartce (dla przemiany) -> KLIK

Znalazłam również zbiór kolorów sierści do wykorzystania z którego będzie można korzystać do kolorowania -> KLIK. A to moje dwie prace, są robione na szybko dlatego nie przeraźcie się ich wyglądem one są dla przykładu (xd);
Blue + Fawn Brindle -> KLIK
Spotted Tricolor -> KLIK

A teraz pewne zasady dotyczące tego wszystkiego;
- Kolorowaniem zajmują się osoby wyznaczone przeze mnie, na razie zajmuję się tym jedynie ja.

- Jeżeli umiesz i masz chęci(kolorujesz jeden raz/dwa i staje się to dla ciebie męczące/ciężarem/nie wyrabiasz – takie osoby nie są poszukiwane, praca to praca i trzeba się przystosować) to zgłoś się do mnie i wykonasz dwie lub trzy prace z wybranymi przez mnie kolorami.

- Sierść wybieramy jedynie z listy podanej powyżej.

- Można wybrać jeden kolor ubarwienia lub dwa kolory. Jeżeli zdecydujesz się na dwa to jest to znak dla osoby odpowiedzialnej za wykonanie wyglądu wilka iż ma wolną rękę w połączeniu tych dwóch umaszczeń. Dla ciebie oznacza to, że dostaniesz niespodziankę w postaci mieszanki.

- Dowolna personalizacja postaci, taka jak; kolory oczu (w tym heterochromia), kolor nosa(blady różowy, różowy, brązowy, czarny, różowy z ciemnymi plamkami, czarny z różowymi plamkami), kolor pazurów (czarne, kość słoniowa, lekko różowawe), kolor poduszek (brąz, czerń, szarość, blada kość słoniowa), rany na ciele, robotyczne oko/oczy(tylko jeżeli postać ma powiązaną z tym fabułę), inne dodatki (za moją zgodą).

- W przypadku osób, które dołączają szczeniętami mają oni dowolny wybór barwy sierści inaczej jednak jest w przypadku szczeniąt urodzonych w watasze. Te dostają kolory po rodzicach, dlatego wykonawca wyglądu wilka łączy sierść matki oraz ojca. Tak jak w przypadku wybrania dwóch sierści – rodzice dostaną niespodziankę pod względem koloru szczeniąt.

- W sklepie jednakże pojawią się opcje, które będzie można zakupić, aby zmienić wygląd wilka;
Wygląd dodatkowy (czyt. Kolory oczu, kolor poduszek, rany itd.)
Wygląd całościowy (czyt. Zmiana sierści)

- Nie możemy jednakże rysować na wilkach przedmiotów takie jak bandany, wisiorki czy kolczyki. Niektórzy autorzy nie pozwalają na to i wolałabym się trzymać z tym do wszystkich lineartów.

- Przy lineartach musisz być cierpliwy – nikt nie wykona Ci wilka z dnia na dzień, kolorujący również muszą mieć przerwę (lecz nie długą), dlatego jeżeli będziesz czekać na wilka, a chciałbyś już pisać opowiadanie oraz aby twój profil postaci się już pojawił to dozwolone jest podanie zdjęcia tymczasowego. Pamiętaj o podaniu autora!

- Nie jestem pewna czy znajdę jeszcze jakieś linearty z przemianą. Jeżeli się nie znajdą zostaną arty – czyli tak jak jest teraz.

___________________________________________________
Moi drodzy. Kongratulejszyns jeżeli dotarliście aż tutaj, na sam koniec postu. Teraz trudne zadanie dla was – decyzja;
Wersja A.  Lineart
Wersja B.  Zdjęcia(ale tym razem przykładamy się do autorów i każdemu komu brakuje podpisanego autora pod obrazkiem musi znaleźć wykonawcę)

Nad Aktualnościami widnieje ankieta, zagłosujcie w niej. Proszę, rozważcie wszystkie za oraz przeciw. Wybierzcie to co uważacie za słuszne i najlepsze. Jeżeli linearty zostaną wybrane to będziecie musieli jeszcze troszkę poczekać, mam do dokończenia projekt z królestwami, ale można będzie już składać zamówienia do mnie o kolory sierści wilków. Wybaczcie, że sprawa z królestwami się tak ciągnie, ale są wakacje i chciałabym mieć też trochę czasu dla siebie, porządnie się wylenić w łóżku, aby mieć siłę do pracy nad moim i waszym dziełem – Eternal Wolves.

~Pisała: Amera
Miłego dnia/wieczorku!

Od Shaytana [Parada dusz - zadanie 2]

Data:
13 lipca 2017
Komenatrze:
Brak komentarzy
Ostatnimi dniami przesiadywałem tylko godzinami wśród książek na podłodze, co było do mnie zupełnie niepodobne. Zatrzymałem się w tymczasowej kwaterze w Tundrze na obrzeżach miasta, gdzie panowała cisza i spokój. Co dwa, trzy dni wybierałem się do centrum. Przemykając się w cieniu po ulicach tą samą drogą zacząłem zwracać na siebie uwagę, ale pokusa była zbyt silna, zresztą inni mają zbyt wiele do roboty, by się tym przejmować, podobnie jak ja. Gdy zbliżałem się boczną drogą do głównej ulicy, widziałem już połyskujący w słońcu spadzisty, granatowy dach dużego, szerokiego budynku. Drewniane, ozdobne drzwi biblioteki stały otworem, zapraszając do chłodnego wnętrza wypełnionego mnóstwem ciągnących się w nieskończoność regałów, gdzie w rzędach siedziały przeróżne książki, rozmaitych rozmiarów i kolorów, usadowiły się nawet w ścianach i na stolikach, a parę znalazło się także w recepcji u szarej, ponurej wilczycy. Podłoga czasem lekko trzeszczała w niektórych miejscach, a sufit pomalowany we freski zapierał dech w piersiach. Lawirowałem między półkami, i szedłem na koniec zbiorów, gdzie leżało kilka dużych, czarnych książek, autorstwa Roosnika (czyt. Ryznika). W przeciwieństwie do swego brata, Ferro, nie miał dużego talentu literackiego ani sławy, mało kto go zna. Ale posiadał sporą wiedzę. Jego dzieła nie zachwycają formą czy wyobrażeniami, ale tym konkretnym i prostym przedstawieniem informacji, pozwalającym na łatwą i szybką naukę. Wypożyczałem kolejne dwie lektury i ruszałem w drogę powrotną do pokoju, przy okazji załatwiając niekiedy jakieś małe zakupy. Zamykałem drzwi, wypakowywałem zawartość torby i siadałem na dywanie, po czym otwierałem pierwszą stronę. Obietnica dusz, rytuały, historia, zagadkowe miejsca i zjawiska - głównie te tematy w sobie mieściła. Większość wydawała mi się raczej domysłami i raczej niemożliwymi rzeczami, ale pewnego dnia zainteresował mnie pewien fragment:
"Na terenie Piekła (ojć, ktoś nie uważał na polskimXD) można znaleźć także wiele interesujących budowli. Jaskinia Marblenes, budynki w Alhedge, to jedne z niewielu przykładów, ale wszyscy je znamy. Podczas wędrówki przez południowy skraj ich pustynnych terenów natknąłem się jednak na dziwną barierę, wywołującą silną chęć ucieczki, odpychającą wszelkie stworzenie. Dawno temu, podczas najazdu wrogów demony schroniły się w pewnym bunkrze, a najeźdźcy po prostu zwiali. To mogło być to, jednak równie dobrze mogło być to jakieś nieudane, długotrwałe zaklęcie."
Poszperałem trochę w innych źródłach, i wszystko wskazywało na to, że jest to fakt, a nie jakaś wydumana bajeczka. Zebrałem manatki, i przygotowałem się do kolejnej podróży. Następnej nocy, z torbą przerzuconą przez szyję i innymi rzeczami po bokach powoli otworzyłem drzwi, i bezszelestnie wymknąłem się. Drewniana podłoga skrzypiała pode mną często złośliwie, jednak na szczęście nikogo nie zdołała obudzić. Zszedłem po schodach do recepcji, rozejrzałem się na boki, i wyciągnąłem schowane monety. Położyłem je na ladzie. Zbliżyłem się do wyjścia, po czym po cichu opuściłem budynek. Przeskoczyłem na trawę, i nie zostawiając żadnych śladów zniknąłem w gęstym mroku.
~*~
Gęsta roślinność urwała się nagle, jak ręką odjął, i zastąpiły ją suchorośla, niskie, rozgałęzione krzaki o drobnych, nielicznych listkach, skrzypy pełzające pędami po ziemi i kolczaste kaktusy o soczystych łodygach. Wysuszona, spękana ziemia pokryta ziarnami chrzęściła pod moimi łapami, wysterylizowana przez nieustanny skwar. Słoneczna kula niemiłosiernie stała nade mną, a żar lał się z nieba. Nienawidzę upałów. Duszno jak w łaźni. W sumie piekło i Corsica się pod tym względem w ogóle nie różnią. Wydawało się, że wszystko lśni i skrzy się w promieniach słońca. Cisza jak makiem zasiał i spokój, słyszałem nawet bicie swojego serca. W pewnym momencie usłyszałem dziwny skrzek. Odwróciłem szybko głowę i zadarłem ją do góry. Szkarłatny, piękny ptak szybował po niebie z zawrotną prędkością, przypatrując mi się uważnie. Ostrodziób szkarłatnoskrzydły. Miałem nadzieję, że go zobaczę. Ruszyłem w dalszą drogę, cały czas czujnie obserwując otoczenie w poszukiwaniu jakiegoś budynku. Dzień dłużył się, a na horyzoncie ni widu, ni słychu. Teren stał się bardziej górzysty i zarośnięty. Gorąco potęgowało zmęczenie, choć od południa nieco zelżało. Zaczynało się ściemniać, księżyc wstąpił już na szary firmament. Owiał mnie chłód nocy. Postanowiłem rozbić obozowisko między dwoma pagórkami, w końcu nikogo oprócz mnie tu nie było. Wbiłem kilka palików urwanych z krzaków w linki, wziąłem jeden gruby, długi pal, ustawiłem pośrodku, obwiązałem wszystkie sznurki wokół niego i wyjąłem z torby szare płótno. Narzuciłem je, i stanąłem kilak kroków dalej, by podziwiać swe dzieło. Uśmiechnąłem się lekko do siebie, po czym wszedłem do środka. Naostrzyłem nóż, i po raz ostatni wychyliłem się z namiotu. Białe punkciki wyglądały jak brokat, którym posypano niebo. Niby słońce to także gwiazda, a jednak bardziej zachwycają w nocy.
~*~
Oślepiający blask wdarł się do mojego schronienia i zmusił do otworzenia oczu. Zamrugałem parę razy i je wytarłem. Wstałem, przeciągnąłem się powoli i rozejrzałem. Najwyraźniej żyłem i wszystko było na swoim miejscu, ranek już się chylił, pora południa przybliżała się. Czas ruszać. Zdjąłem materiał z rusztowania, rozplątałem linki i porzuciłem drewniane elementy, zagrzebując je płytko w piasku. Podszedłem do moich pakunków i otworzyłem worek. Już chciałem wsypać ekwipunek, ale moją uwagę przykuł okruch jedzenia. Odgarnąłem trochę rzeczy.
- Cholera. - mruknąłem do siebie, wpatrując się ze złością w nadgryziony prowiant. Zniknęła niemalże jego połowa. - Darmozjady. - dodałem jeszcze. Nie było sensu dalej się użalać, pozostawała jednak kwestia, czy starczy mi tego na powrót. Po namyśle postanowiłem zaryzykować. Wyruszyłem w dalszą podróż. W górę i w dół, w górę i w dół, między wzgórzami, pełnymi jedynie drażniącego pyłu. To pustynne milczenie pozwoliło mi zebrać myśli. Właściwie, po co to robię? - spytałem sam siebie po raz setny w życiu. Tego nikt mi nie odbierze...ale i tak nic po śmierci nie pozostanie. Blade, ostro zarysowane szczyty młodych gór majaczyły na horyzoncie. Życie i tak nie ma większego sensu, jeśli nic się nie robi. - skwitowałem te rozmyślania. Zacząłem się wspinać na kolejny, spory pagórek, dziwnie płaski, i nagle poczułem niepokój. Dookoła żywej duszy ze świecą szukać, a jednak coś tu było nie tak. Bardzo nie tak. Z każdym kolejnym krokiem strach narastał, i dławił mnie od środka. W ustach mi zaschło, oddech stał się płytszy. Mimo wszystko starałem się go pokonać. To przecież totalne pustkowie! Tu nie ma co się bać!!! - jednak sterroryzowany rozum podpowiadał mi zupełnie co innego. Zamieniło się to w totalną panikę. Przerażony odskoczyłem do tyłu. Dopiero kilkadziesiąt kroków dalej mój umysł jakby wynurzył się z tej mgły. Spróbowałem znowu się zbliżyć, ale to samo kazało mi się cofnąć. Kawałki układanki zaczęły do siebie pasować, tworząc jedno wielkie: Tajemnica. To musiała być jakaś magia; zapewne już osłabła, więc jak potężna musiała być w czasie stworzenia! Usiadłem i zastanawiałem się, jak to pokonać, lecz w końcu poderwałem się z ziemi. Zagłębiłem pazur w piach i nakreśliłem kilka małych kółek, trójkąt, wzór z kresek. Runa zalśniła i powietrze wokół mnie zamigotało. Przypominająca pole siłowe bariera, oprócz jego właściwości wzmacniała nieco psychikę. Może pomoże. Powoli ponownie podjąłem się wspinaczki. Strach znów próbował mną zawładnąć. Od razu pobiegłem, by szybciej mieć to za sobą. Kompletnie straciłem jasność umysłu. Szarpałem się w niewidzialnych więzach, jednak nie zatrzymałem się. Wtem gwałtownie film mi się urwał, a pustynię zastąpiła ciemność.
Czarne płaty rozstąpiły się. Kręciło mi się w głowie. Leżałem na nagrzanej ziemi. Wolno wstałem, i podniosłem wzrok. Tuż przede mną stał ogromny budynek, przypominający te z czasów starożytności. Trzy pięknie zdobione kolumny podpierały portyk, spadzisty, szarawy dach mienił się w słońcu, kamienne, grube ściany nadawały temu wygląd fortecy. Moje zaskoczenie nie miało granic. Czy ja majaczę? Podszedłem chwiejnym krokiem, i ostrożnie dotknąłem jednego ze schodków. Nie. To prawda. Podekscytowany zbliżyłem się do drzwi i popchnąłem lekko. Ku mojemu zdziwieniu, były otwarte. W środku panowała gęsta jak smoła ciemność, ale wszedłem dalej. W korytarzu również znajdowało się wiele kolumn, a po obu stronach stoły biesiadnicze. Resztki posiłków, jak potłuczone talerze i szklanki nadal stały, wyblakłe i oplecione pajęczynami, niektóre były w całości. Wziąłem jeden z nich. Może uda się gdzieś sprzedać parę artefaktów. Na końcu ,,tunelu" znajdowały się białe schody z drewnianą poręczą. Oparłem się o nią, jednak spróchniałem drewno ugięło się i o mały włos nie złamało. Westchnąłem i dostałem się na górę. Tu zapewne znajdowała się główna sala. Pod sufitem pomalowanym we freski zawieszono postrzępione, różnokolorowe boazerie. Centralnie pośrodku dostrzegłem dziwny szczegół; studnię, a za nią dwa trony. Złote oparcia błyszczały w ciemności, a na nich symbole władzy demonów. Kiedy spojrzałem na boczne ściany, zmroziło mi krew w żyłach. Wisiały tam w rzędach czaszki, o rozmaitych kształtach i rozmiarach, wszystkie szczerzące się w moim kierunku. Dziwne miejsce. Przybliżyłem się do studni. Typowa, zbudowana z niewielkich kamyków (ktoś musiał się nieźle namęczyć), z kołowrotkiem na górze i opuszczonym wiadrem na grubym, splecionym z włosów sznurze. Pociągnąłem za nią, a zardzewiały łańcuch, niby jęczący duch, zaskrzypiał, aż podskoczyłem. Kurz opadł i znowu cisza. Odetchnąłem z ulgą. Już zamierzałem spróbować wyciągnąć to, co znajdowało się na końcu liny, ale z prawego kąta pomieszczenia dobył się dziwny syk. Jakiś pokraczny stwór posiadający materialnie wyłącznie patykowate nogi wyciągnął jedną z nich w moją stronę. Przygryzłem wargę i wyciągnąłem sztylet, nie atakowało. Jednak zdawało się powiększać. Uznałem, że to dobry moment, by opuścić to miejsce. Zacząłem się cofać, aż do schodów, po których zszedłem już normalnie. Nagle coś dużego z warknięciem walnęło we mnie z dużą prędkością, przygważdżając mnie do ściany. Otrząsnąłem się prędko i zamachnąłem bronią. Rozległ się przerażający wrzask, a ja rzuciłem się do wyjścia. Płachta wysunęła się z torby i zaczepiła o coś. Pociągnąłem z całej siły, tym samym ją rwąc. Zdążyłem jeszcze obejrzeć się na mieszkańca mroku o głodnych, dzikich, wąskich ślepiach i dużej szczęce, zajmującego niemal jedną czwartą pokoju. Wypadłem na zewnątrz i przeturlałem się parę razy. Wyplułem piach. Posępny budynek niewzruszenie stał na posterunku na tle gór. Westchnąłem z zadowoleniem i ulgą. Miałem kilka przedmiotów na zbyt, a przy okazji kolejne miejsce na liście do zbadania. Ruszyłem w drogę powrotną. W myślach nazwałem to twierdzą Beldurra.

Kuniec:3

Od Seishin do Melairene

Data:
12 lipca 2017
Komenatrze:
Brak komentarzy
Uśmiechnęłam się lekko.
- Jeśli pozwolisz wolałabym od razu udać się do swojej komnaty - skinąwszy jej głową wstałam od stołu, który mimo długiej kolacji, wciąż pełen był wszelakich potraw. Od sałatek przez pieczenie, a kończąc na przeróżnych zapiekankach, których nawet nie zdążyłam spróbować. Ubranie gorsetu było z pewnością jedną z gorszych decyzji, jakie popełniłam w ostatnim czasie.
- Oczywiście - ona również skinęła w moją stronę, chociaż oczywiście nie musiała tego robić. Była dużo wyższa rangą. Musiałam jednak przyznać, że taki gest był bardzo miły i sprawił, że przez chwilę poczułam się trochę pewniej. - Jesteś pewnie nadal zmęczona.
- Trudno się nie zgodzić - przyłożyłam dłoń do ust, nieudolnie maskując ziewnięcie. - Jedyne czego chcę to zakopać się w miękkiej pościeli i przespać to, a potem jeszcze kolejne stulecie.
- W takim razie dobranoc - odpowiedziała delikatnym, prawie niezauważalnym uśmiechem, a ja z zadowoleniem udałam się w stronę swojego pokoju, gdzie czekało na mnie wygodne łóżko. Byłam tak senna, że z trudem utrzymywałam dumną postawę. Miałam wrażenie, że zaraz potknę się o materiał sukni i wyłożę się jak długa na lśniącej posadzce. Cóż, przynajmniej moje ciało zostanie zasypane przez sypiący się z sufitu pyłek. Nie najgorsza wizja śmierci.
Dotarłszy do komnaty nie miałam nawet siły na zdejmowanie sukni. W takich momentach możliwość zmiany ciała była dla mnie niczym błogosławieństwo, dlatego po przemianie w wilka, wskoczyłam na łóżko, zasypiając niemal w tym samym momencie, w którym moja głowa opadła na puchowe poduszki.
Mruknęłam z niezadowoleniem, kiedy złociste promienie słońca znalazły się na mojej twarzy, skutecznie uniemożliwiając mi spanie. Chyba za niczym nie tęskniłam tak jak za snem, ale wiedziałam, że muszę też dbać o swoje pozostałe potrzeby.
Po wstaniu z łóżka byłam tak głodna, że nie mogłam się doczekać śniadania, do którego zostało mi jeszcze trochę czasu. Uznałam, że zjem z Melairene, bo po tylu dniach spędzonych w samotności byłam złakniona czyjegoś towarzystwa. Miło było móc z kimś porozmawiać.
Dzisiaj postawiłam na luźniejszą kreację, rezygnując z gorsetu. Niezbyt cienkie ramiączka utrzymywały kremowobiałą suknię, której materiał sięgał ziemi. Mienił się delikatnymi drobinkami, a w pasie niczym pas przecinał ją złocisty pas stworzony ze splecionych ze sobą liści paproci. Włosy nieznacznie mi odrosły, sięgając teraz ramion. Były zbyt krótkie, bym mogła spiąć je w jakąkolwiek fryzurę, dlatego nie męczyłam się ze splataniem ich.
Wzięłam głęboki oddech i żeby nie spóźnić się na posiłek, wyszłam z komnaty trochę wcześniej. Miałam zamiar zapytać Melairene o spadający z sufitu pyłek, który od momentu kiedy zobaczyłam go pierwszy raz, nieprzerwanie mnie interesował.

Melairene?

Od Yashiro do Dajkiego

Data:
12 lipca 2017
Komenatrze:
Brak komentarzy
Po tym jak Dajki podzielił się ze mną wszystkim co się stało, a także powiedział mi o swoich obawach, nie ukrywałem zaskoczenia. W końcu myślałem, że przez te ostatnie dni specjalnie mnie unika, gdyż po prostu nie chce się ze mną zadawać, ale teraz już wiem, że robił to dla mojego dobra. Chyba... Wolę nie wyciągać pochopnych wniosków. Szczerze to nawet martwiłem się o niego. Sporo czasu minęło, a ja nawet nie miałem z nim jakiegokolwiek kontaktu, chyba miałem prawo się martwić, czy aby wszystko z nim w porządku.... Mimo to, nie powinien tak mnie unikać... Mógł od razu mi o wszystkim powiedzieć. Przecież dla mnie on dalej jest tym samym Dajkim, którym był i mimo tego, że trochę się zmienił, ja nadal widzę w nim tego samego wilka.
Jeszcze raz zacząłem analizować całą jego wypowiedź i niespodziewanie westchnąłem ciężko.
- Coś nie tak? - Zapytał leżący obok mnie basior, a ja aż drgnąłem słysząc jego głos, po tak długiej ciszy.
- Nie... Wszystko jest w porządku... Tylko po prostu trochę już się gubię we własnych myślach... - Przyznałem z delikatnym uśmiechem, zerkając na niego niepewnie. - Mój mózg musi wszystko przeanalizować... Nie ukrywam, zaskoczyłeś mnie.
- Nie boisz się, że coś ci zrobię?
- Nie. Jakoś teraz bardziej boję się tej samicy... - Ruchem głowy wskazałem na samicę łosia z młodym. - Dla mnie jesteś tym kim jesteś... Nie zmienię nastawienia do ciebie tylko, dlatego że się zmieniłeś. No bo koniec końców można powiedzieć, że przemieniłeś się tylko z Hybrydy w Wiecznego. Chyba że coś w tobie się zmieniło, no na przykład charakter, ale tego nie wiem... - Zacząłem debatować, zapominając całkiem o tym, że mówię wszystko na głos. - Jak na razie to wyglądasz tak jak podczas naszego ostatniego spotkania, więc czemu miałbym się czegoś obawiać... A może jednak powonieniem się ciebie bać? Mam udawać przestraszonego? Matko zaraz mi czacha zacznie dymić...
Już chciałem coś dodać, ale wyłapałem trochę zdziwione spojrzenie Dajkiego i jeszcze do tego samica łosia, przypatrywała mi się z niepokojem... He he...
- Wszystko poplątałem... - Zaśmiałem się nerwowo. - Po prostu dalej jesteś dla mnie ważny i nie mam zamiaru się ciebie bać, czy coś w tym stylu... Wieczny, czy nie, dalej jesteś wilkiem, czyż nie?
- A co z moim głodem? Mogę ci zrobić krzywdę, kiedy stracę kontrolę nad sobą... - Spojrzał mi w oczy, a ja położyłem uszy po sobie, ale nagle rozpromieniłem się.
- Trudno. Będzie, co będzie. - Odparłem pogodnie i uśmiechnąłem się szeroko. - Nie ma co się martwić na zapas.
Pomachałem radośnie ogonem i o dziwo wszystkie zmartwienia przestały mnie dręczyć, a nawet humor mi się poprawił. Odwróciłem wzrok od basiora i zaczął obserwować matkę z młodym łosiem. Ciekawiło mnie to czemu samica jest tak spokojna? Wyczuwa, że nie mamy złych zamiarów?
Nie widziałem tego, ale w moich oczach tańczyły iskierki rozbawienia, sam nie wiem, czemu mój humor czasem zmienia się tak nagle, ale jeszcze nigdy mi to jakoś specjalnie nie przeszkadzało.
- Cieszę się, że porozmawialiśmy ze sobą. - Zarumieniłem się delikatnie, mówiąc to, jednak nie spuszczałem wzroku ze zwierząt.

Dajki?


Od Rachel do Shaytana

Data:
12 lipca 2017
Komenatrze:
Brak komentarzy
Tak... Nie dość, że nowy, to mi się wydawał zbyt skryty. Czy to nie odpowiednie z mojej strony, że byłam nie ufna wobec kogoś nowo-obcego? Chyba nie.
- Wiesz co... skoro z targu właśnie wróciłeś, ja nie mam zamiaru cię spuszczać z oczu... to gdzieś trza iść.
- Rozumiem, że nie odpuścisz, i będziesz za mną łazić, nawet, jeżeli zaczniesz mnie już wkurzać.
- W tedy tym bardziej będę za tobą łazić. - odparłam. - No, a teraz... gdzie idziemy?
- Przed siebie.
- Ech.. ok. - jakoś ta " rozmowa" się nie kleiła. Szłam kilka metrów za nim, żeby nie tracić go z oczu. Nie wiem czemu akurat w takim odstępie, skoro i tak wiedział, że za nim idę. Gdy się zatrzymał przed jakąś skałą, i tam siedział przez jakieś... 30 minut, ( najprawdopodobniej tylko po to, by mnie wkurzyć ), to ja w tej samej odległości co w czasie chodzenia położyłam się pod drzewem, i zaczęłam bazgrać pazurem w ziemi hieroglify. Najpierw z ziemi wyłonił się zając, po czym gdzieś, odbiegł. Następnie biedronka, kania czarna, ważka, kość... zaraz, przecież nie rysowałam hieroglifu oznaczającego kość. Wzięłam ją do pyska i wyrzuciłam za siebie. Ale ta cholerna kość najwyraźniej miała co innego w planach. Przeturlała się w moją stronę, jakby ją ktoś pchał, a przecież nikogo tutaj nie było. Popatrzyłam na gnat spode łba i machnięciem łapy ją odepchnęłam. Po chwili wróciła, ale z całym swoim zestawem. I oto przede mną był mały, najwyraźniej jakoś żyjący szkielet smoka. Osobiście nie przepadałam na smokami. Każdy smok miał inny charakter, ale zwykle mnie nie lubiły. Może to przez to, że zrobiłam z kilku ich jaj jajecznicę? Przecież miały ich tak dużo. Mały szkielet smoka ( mniejszy ode mnie ), najpierw na mnie patrzył dziwnie, a potem ugryzł w ogon. Moja sierść automatycznie się najeżyła. Machnęłam szybko i energicznie ogonem tak, że szkielet spadł na ziemię roztrzaskując się, ale zaraz potem zaczął zbierać się do kupy. Basior na moje szczęście siedział tam gdzie wcześniej. Szybko pognałam do niego, i schowałam się za jego plecami.
- Co ty robisz? - spytał patrząc na mnie ja na wariatkę.
- Uciekam przed szkieletem. - syknęłam cicho i się skuliłam.
- Przed czym? - szkielet smoka zaczął biec w naszą stronę.
- Przed... TYM. - powiedziałam, i szybko wskoczyłam na skałę, potem na gałąź, z gałęzi na pień drzewa, i po chwili byłam na samym czubku świerka. Czubek się przechylił pod moim ciężarem, ale nie złamał. Szkielet najwyraźniej nie interesował się basiorem, tylko moją osobowością. ( ym razem na moje nieszczęście )

< Shaytan? Nie miałam pomysłu >

Od Afi CD Dajkiego

Data:
11 lipca 2017
Komenatrze:
Brak komentarzy
-Za to Ty wyjątkowy dla mnie. -szturchnęłam go biodrem i odwzajemniłam uśmiech.
To, że mogłam go dotknąć, czyniło go jedynym wilkiem, przez którego nie mogłam przejść obojętnie. Był jak biała plama w całym tym czarnym świecie. W dodatku, Dajki jako jedyny doskonale mnie rozumie i nie przeszkadzało mu, że czasem nawet w niewłaściwym momencie postanowiłam go odwiedzić.
Spacerowaliśmy w zupełnej ciszy. Nie przeszkadzało mi to wcale. Dzięki jego osobie, spacery wyglądały zupełnie inaczej, jak te, które odbywałam kilka miesięcy temu w samotności. Świat wokół nas mienił się i gdyby nie fakt, że Dajki ma też swoje prywatne sprawy, czy też rodzinne, to byłabym przy nim cały czas. Zwłaszcza, że mam go więcej jak zakładałam. Moje zmarnowane i wycieńczone ciało, które wyglądało, jakby w każdej chwili mogło odmówić dalszej współpracy, bez duszy nie starzało się tak prędko, jak inne wilki. Wyjątkiem są Wieczni, tacy jak Dajki. O sobie też mogłabym mówić, że jestem Wiecznym, lecz mam o wiele mniejsze możliwości. Od urodzenia już tak miałam, że nigdy nie byłam w stanie mieć tego, co inni. Dla tego staram się doceniać wszystko, co mam, a mam Jego.
-Dajki jestem śpiąca. Ta pogoda mnie usypia. Poniósłbyś mnie trochę? Nie jestem taka ciężka. -zażartowałam z mojej wagi.
-No czy ja wiem? -zaczął się namyślać.
-Nie żartuj sobie.
-To chodź.
Wskoczyłam na grzbiet Dajkiego i oparłam swój pyszczek między jego uszami. Moja waga w tej postaci zawsze była tajemnicą, bo jak zważyć coś, czego dotknąć się nie da. Dajki mówił, że ważę prawie tyle, co nic. Może być w tym dużo prawdy, bo każdy mój dotyk z nim jest delikatny i... ciepły. Uwielbiam się do niego przytulać. Jest moją latarnią w ciemną noc. Zawsze będę do niego ciągnęła, bo tylko przy nim potrafię czuć cokolwiek.
-Dajki? -zapytałam.
-Słucham?
-Mogę mieć do ciebie prośbę?
-Jaką?
Chwyciłam się jego szyi, zaplatając swoje łapki na jego piersi i przycisnęłam je mocniej do niego. Długo już to trzymałam w sobie, ale nie wiedziałam, jak ubrać to w słowa. Teraz też nie wiem, ale dłużej nie umiem już zwlekać.
-Dajki, mogę z tobą razem spać?
-Przecież czasem to robisz. Nie mam nic przeciwko temu.
-No tak, ale nie oto mi chodzi... Chcę tak co wieczór. Chcę być twoja!

Dajki? Co ty na to?

Dajki do Yashiro

Data:
8 lipca 2017
Komenatrze:
Brak komentarzy
Spojrzałem na niego trochę rozbawiony. Widać było że się martwi pomimo moich zapewnień że wszystko gra. Jak byłem młodszy to troszczyli się o mnie bo miałem zostać następcą tronu, ale najbardziej chyba jak byłem szczeniakiem. Byłem wtedy oczkiem w głowie każdego z Zakazanej Wyspy. Oczywiście nikt mi niczego nie ułatwiał, na wszystko musiałem sam zapracować i nauczyć się wielu rzeczy. Te czasu dawno minęły. Teraz jedynie troszczy się o mnie moja córka, Akashi, Kaname, Izaya i Ikki a także Afi. Są jak moja rodzina dla której zrobię wszystko.
- Dobrze się czuję. Najgorsze już minęło - uśmiechnąłem się
- To co zamierzasz robić? - zapytał
- Przejdźmy się trochę, spacer dobrze mi zrobi
Widać było że mój pomysł za bardzo mu się nie podoba, ale w ostateczności nie kłócił się i wyszliśmy razem. Zaprowadziłem go nad wodospad. Jedno z kilku miejsc znanych tylko mi. Większość wilków przesiaduje w znanych im miejscach, a praktycznie nikt się na moje tereny nie zapuszcza. Dzięki temu te wszystkie miejsca są spokojne. Yashiro nie opuszczał mnie nawet na chwilę.
***
Minęło sporo dni od kiedy ostatni raz widziałem się z Yashiro. Zaszła we mnie zmiana i z Hybrydy stałem się Wiecznym. Nie wiedziałem jak Yash może na to zareagować dlatego unikałem go jak tylko mogłem. Poza tym nie wiedziałem że mój głód nie odezwie się jak akurat będę z nim, a nie mam zamiaru zrobić mu krzywdy. Czuję głód, ciągły głód, ale nie mam jak go zaspokoić w pełni bo to oznacza zabicie niewinnej istoty. Posilę się jeżeli zobaczę kogoś złego, kogoś kto zagraża życiu innym, ale na razie muszę czekać i jeść tylko trochę żeby nie skrzywdzić kogoś. Siedziałem gdzieś w lesie i obserwowałem zwierzynę. Samica łosia pilnowała swojego młodego. Widziała mnie, nie ukrywałem się, tylko leżałem przed nimi w pewnej odległości, a ona wyczuwając że nie mam złych zamiarów nie odczuwała lęku. Tak duże zwierzę mogłoby zrobić mi krzywdę i innemu wilkowi jeżeli nie byłoby się zbyt czujnym. Nagle poczułem czyjąś obecność. Obróciłem się i zobaczyłem Yashiro. Ruchem głowy pokazałam mu żeby podszedł ale powoli. Samica widząc nowego wilka była niespokojna, ale jak zobaczyła że kładzie się koło mnie uspokoiła się od razu.
- Unikasz mnie? - zapytał
Opowiedziałem mu wszystko co się stało i o moich obawach.

Yashiro?

Od Haze do Yakumo

Data:
8 lipca 2017
Komenatrze:
Brak komentarzy

Nie wiedziałam, którą opcję wybrać; a do wyboru były trzy. Walnąć łapą w czoło; nie reagować; zwinąć się w jeszcze mniejszą kulkę. W końcu wybrałam pierwszą i ostatnią.
Usłyszałam rozśmieszone prychnięcie.
— Pff... Demony... — mruknęłam pod nosem, a mimo to– uśmiechnęłam się, co szybko zakryłam łapą.
     Po paru minutach wpatrywania się w rozpędzony piasek ruszyłam w głąb jaskini. Jakież było moje zdziwienie, gdy nagle nie wyczułam gruntu pod łapami. Nim się zorientowałam– leciałam w dół. A raczej spadałam ze schodów.
Mojemu zatrzymaniu się na kamieniach towarzyszył huk.
— Haze? — dobiegł mnie zaniepokojony głos z góry.
— Żyję, nic mi nie jest! — odkrzyknęłam, zadzierając głowę do góry. – Chodź tu, musisz to zobaczyć!
Choć było ciemno, delikatny blask szlachetnych kamieni sprawiał, że można było zobaczyć co się znajdowało w odległości pięciu metrów. Było to bardzo urokliwe miejsce...
— Co tu niby takiego ciekawego?— zapytał Yakumo, stojąc na kamiennych, szarych schodach. Czy w teori nie powinnam była być martwa po tylu uderzeniach o skałę? W praktyce chyba jest inaczej...
— To wszystko! Wygląda tak magicznie!
Moją wypowiedź zamknął rozdzierający uszy i serce wrzask jakiejś wadery. A potem drugi i trzeci, cichszy i bardziej umęczony. Potem nastąpiła cisza, przerywana kapaniem kropelek wody, uderzających z sufitu o podłogę.
Ten krzyk... Jednocześnie daleki, jak i niebezpiecznie bliski...
Po moich plecach przeszły ciarki na tyle mocne, że musiałam na chwilę ugiąć łapy.
— Zmywajmy się stąd... — zaproponował mój towarzysz półszeptem.
— Gdzie? Na zewnątrz nie wyjdziemy, bo nas przysypie. A poza tym, ona może potrzebować pomocy!
— O ile jeszcze jest żywa.
Cicho prychnęłam i ruszyłam wzdłuż ścian. Słyszałam zrezygnowane pomruki wilka.
— Jak nie chcesz, to nie idź. — zwróciłam się do niego, nawet nie patrząc w tył.
— Mam cię zostawić? Co to, to nie.
— Żeby potem nie było na mnie, gdy coś się stanie.
W odpowiedzi za Yakumo przejście zamknęły skały, które ni stąd ni zowąd zsunęły się, zostawiając szparę przy suficie.
          Potarłam poturbowaną łapę.
— Coś próbuje nas zabić, czy może to ja mam schizy? — warknęłam, gdy ominęliśmy cudem kolejną lawinę.
— Sama chciałas ratować obcą wilczycę... — zaczął.
— A może nie jest mi obca? Może to ktoś kogo znam i rozpoznałam go po głosie? — fuknęłam, zatrzymując się.
— A jest tak?— uniósł pytająco brwi
— No niby nie... Ale! to nie znaczy, że nie powinniśmy jej pomóc...
Ruszyłam dalej. Czemu wydawało mi się, że Yakumo się na mnie patrzy?
— Właściwie, to kiedyś... — zaczęłam, zanim ugryzłam się w język — wspomniałeś, że była osoba, która z tobą wytrzymywała... — spojrzałam na niego przez ramię — Miałeś partnerkę? Co się z nią stało? Być może to nie moja sprawa, jednak lubię wiedzieć chociaż przybliżony plan życia osoby, która się mnie czepiła.

Yakumo? C:

Od Shizuo do Izayi

Data:
6 lipca 2017
Komenatrze:
Brak komentarzy
Co ja z nim mam... Poszedł zapolować, a wraca z kolejnymi ranami... W ogóle to skąd on miał siłę? Jeszcze wczoraj ledwo trzymał się na łapach... Eh...
- Trochę słabo... Ale to pewnie z przemęczenia, z resztą nie jest to ważne... - Spojrzałem na niego i wskazałem łapą na martwą sarenkę. - Jedz.
Basior wywrócił oczami i westchnął cicho.
- Ty jedz... Sam powiedziałeś, że źle się czujesz... - Mruknął i podszedł do wypalonego ogniska.
- Ale to ty wczoraj ledwo.... Eh... Pokaż mi lepiej te rany... - Nie chciałem się z nim kłócić, bo przeczuwałem jak to może się skończyć.
- To tylko zadrapania! - Zdenerwował się i zaczął pazurem bawić się popiołem. - Jedz to, albo wywalę tę sarnę w krzaki...
Powstrzymałem się od komentarza i koniec, końców, usiadłem i niechętnie zacząłem jeść jedzenie. To nie tak, że nie jestem mu wdzięczny, że się poświęcił i poszedł coś złapać, ale to on tu jest chuderlakiem, bez urazy... Nie traktuję go jak szczeniaka... To tylko troska.
- Dokończ. Najadłem się. - Rzuciłem mu pod łapy połowę sarny.
Prychnął i kątem oka spojrzał na mięso. Nie no... Zaraz go chyba trzepnę... Jedz to do cholery!
- Ja tu jestem od zamartwiania się, więc jedz to i nie wnerwiaj mnie... - Mruknąłem i nie czekając nawet na jego odpowiedzieć, odszedłem na bok.
Skoro Izaya czuje się znacznie lepiej powinniśmy już niedługo ruszać w dalszą drogę do domu. Tylko czemu jakoś nie chcę tam wracać? Może nie chcę się po prostu z nim rozstawać? Przez te kilka dni za bardzo się do niego zbliżyłem. Czy to źle?
- Możemy już iść dalej? - Moje piękne myśli przerwał mi basior, który nagle znalazł się przy mnie.
- Hmm? Tak, raczej tak. - Podniosłem się z ziemi i spojrzałem na niego. - Wyrzuciłeś ją w krzaki, prawda?
- Co?
- Sarnę, a co innego? - Zmarszczyłem brwi.
- Tylko znaczną jej część... Nie martw się, zjadłem trochę. - Westchnął cicho i wyminął mnie po chwili. - Chodźmy bo nigdy tam nie dotrzemy.
Jak dla mnie to nie musimy tam wracać...
Chyba muszę zacząć szukać psychiatry...
- Dobra, dobra... Jak byś się źle poczuł to mów od razu... Jeśli coś cię zaniepokoi to mów. - Dodałem zanim jeszcze ruszyliśmy przed siebie.
- A co ty przewodnik wycieczek? - Prychnął.
- Ha ha... Nieśmieszne...
- Nie miało być śmieszne. - Uśmiechnął się nagle do mnie delikatnie, a ja zarumieniłem się i odwróciłem speszony głowę na bok.
Już po chwili ruszyliśmy dalej, trochę jeszcze nam drogi zostało, ale jeśli dobrze pójdzie i nie będziemy robić dużych postojów to dojdziemy do domu gdzieś tak w nocy. Czułem jak coś w głębi mnie krzyczy, żeby zatrzymać się i przeprowadzić szczerą rozmowę z Izayą, a druga część mnie siedziała jakoś tak o dziwo cicho. Nic mnie nie wkurzało i droga szła podejrzanie gładko. Tak jak podejrzewałem zaczęło się już ściemniać, a my byliśmy już co raz bliżej granic watahy. Dopiero po jakimś czasie nie wytrzymałem i kiedy dzieliło nas już tylko kilka kilometrów od celu, zatrzymałem się i spuściłem głowę w dół.
- Coś się stało? Czemu się zatrzymałeś? - Pchła od razu zauważyła, że coś jest nie tak.
- Ja... Chcę ci coś wiedzieć za nim wrócimy na tereny watahy... - Położyłem uszy po sobie i spojrzałem na niego niepewnie. - To coś ważnego...
- O co chodzi?
- Więc... Ja... - Zarumieniłem się i przełknąłem z trudem ślinę. Niech się dzieje, co chce... - Ja... Ja się w tobie zakochałem...

Izaya? c:

Dajki do Afi

Data:
5 lipca 2017
Komenatrze:
Brak komentarzy
Dni mijały szybko i to bardzo. Raz dzień był gorszy a raz lepszy, ale zawsze towarzyszyła mi Afi. Przywykłem do tego że jest przy mnie. Nie wyobrażam sobie co by robił gdyby jej teraz nie było, albo gdyby zdecydowała się mnie opuścić. Wiem o niej dużo, a ona o mnie. Jest mi bardzo bliska i staje się coraz bliższa.
Siedziałem pod drzewem niedaleko mojego domu i obserwowałem chmury. Wody nie było więc musiałem czymś ją zastąpić. Układały się w różne fajne kształty. Raz był królik, smok, słoń, drzewo, a jedno przypominało mi mojego ukochanego wnuka Izayę.
- Co robisz? - usłyszałem nagle głos Afi
Przekręciłem się na brzuch i spojrzałem na nią. Już dawno przywykłem do jej postaci ducha, ale dalej mnie intrygowała całą sobą. Była czymś niezwykłym czymś czego jeszcze nie widziałem przez całe swoje długie życie.
- Wcześniej patrzyłem w chmury a teraz na ciebie.
- Coś ciekawego widzisz? - zapytała
- Widzę świat przez ciebie, więc to jest ciekawe
Zaśmiała się. Lubię ten śmiech i to bardzo. Napełnia mój świat kolorami, które do tej pory były mi obce. Oczywiście nie zacznę widzieć świata w kolorach, bo spowija mnie mrok od chwili narodzin. Nic na to nie mogę poradzić, jest to przyjemne i nie mam zamiaru uwolnić się od mroku. Afi jest dla mnie taką odskocznią i czymś nowym w moim życiu. Dzięki niej potrafiłem pozbierać się po śmierci mojej ukochanej Sayi, dla której zrobił bym wszystko. Jej śmierć wstrząsnęła mną i to bardzo, ale zająłem się jej dziećmi jak własnymi, potem wróciła i obdarowała mnie wspaniałą córką Azumą, która potem dała mi wnuki. Utrata Yo też była dla mnie ciężka. Nie wiem czy potrafiłbym pokochać Afi tak jak Sayę, ale zawsze mogę spróbować, ale musi być świadoma tego wszystkiego.
- Co robimy dzisiaj? - zapytała
- A co byś chciała? Ja chcę być tylko przy tobie, więc możesz wybrać
- Spacer?
Wstaliśmy powoli i ruszyliśmy przed siebie. Dzisiaj był na prawdę udany dzień. Lepiej już być nie mogło. Wietrzyk był lekki, ptaki śpiewały a słońce grzało. Do tego mogę spędzić kolejny dzień w jej towarzystwie. Nie musi nic mówić, ważne że jest koło mnie.
- Dziękuję - odezwałem się po chwili
- Za co? - zdziwiła się
- Za to że jesteś, jesteś ważna dla mnie i to bardzo - uśmiechnąłem się lekko

Afi?

Chuuya - Ktoś ty? [10]

Data:
5 lipca 2017
Komenatrze:
Brak komentarzy
Uciekła? Owszem, ale...co zrobiłem nie tak? Pewnie wszystko, jak zawsze. Ośmieszyłem się, zapewne. Zostawiłem upolowane zwierzę i ruszyłem do swojej jaskini. Szedłem wolnym, smętnym krokiem. Czas leciał, a ja byłem sam i pewnie będę. Jestem jak żuk obrócony na plecy, bezradny. Czy ktoś mnie przekona, że to ja kuję swój los? Wziąłem głęboki wdech, poczułem słabą woń Amery. Doszedłem do swojego lokum, rozejrzałem się po nim i westchnąłem. Czułem lekki zapach alkoholu i wczorajszego powietrza. Ułożyłem się na sporym legowisku ze skór, było także miejsce dla drugiej osoby, lecz pozostawało cały czas puste. Przekręciłem się na bok, westchnąłem i wstałem. Wyszedłem przed jaskinię, wziąłem głęboki wdech. Powietrze było ciężkie, spojrzałem w górę, zbierało się na deszcz. Cofnąłem się i zacząłem nucić.
- Chcę tylko wiedzieć...co ci chodzi po głowie - wymruczałem - Kiedyś mawiałem, że chcę umrzeć nim będę stary. Ale z twojego powodu mogę przemyśleć to drugi raz.
Zaśmiałem się sam do siebie. Co się ze mną dzieje? Zaczął padać deszcz. Krople wolno uderzały o ziemię, stopniowo przyspieszały. Może po prostu był to skutek nadużycia trunków? Bzdura. Wyciągnąłem pierwszą lepszą butelkę i ją otworzyłem. Pociągnąłem solidnego łyka. Poczułem jak krew zaczyna żwawiej krążyć. Dlaczego ja właściwie o niej myślę? Dlaczego nie mogę uznać jej za zwykłą przelotną znajomą? Słyszałem w głowie jej głos, ton, którym do mnie mówiła. Znów wziąłem łyk. Zacząłem kiwać głową na boki w swoim tajemniczym rytmie. Powróciłem na legowisko, usadowiłem się na nim i zamknąłem oczy.

~~~~*~~~~*~~~~                     

Otworzyłem oczy. Kiedy przyszedł sen? Sam nie wiem. Wciąż padało, po za tym robiło się ciemno. Spostrzegłem butelkę niedaleko siebie. Dopadłem do niej i zacząłem pochłaniać alkohol. Zaczęło być mi weselej. Porzuciłem butelkę i wyszedłem ze swojego "domu". Deszcz moczył moje futro, nie przeszkadzało mi to. 
- Śpiewam w deszczu! - zawyłem - Tak sobie śpiewam w deszczu! Jakie to cudowne uczucie! Znów jestem szczęśliwy! - podskoczyłem - Śmieję się z tych chmur! Tych ciemnych nad głową! W sercu mam słońce! - zamknąłem oczy i zacząłem zbiegać po wzgórzu - I jestem gotów...
Wpadłem na coś miękkiego, straciłem równowagę i potoczyłem się dalej wraz z tym czymś co okazało się kimś, konkretniej...Amerą. Cholera. Potrząsnąłem łbem.
- No czego jesteś gotów? - mruknęła niezadowolona.
- Się zakochać...- wyszeptałem.
Wlepiłem wzrok w białą wilczycę.


Amera?                 

Izaya do Shizuo

Data:
5 lipca 2017
Komenatrze:
Brak komentarzy
Wstałem rano trochę w lepszej formie niż dzień wcześniej. Czułem to w kościach. Powoli łapałem w futro promienie słońca żeby się ogrzać kiedy Shizuś smacznie jeszcze sobie spał. Ciepło słońca było bardzo przyjemne. Na taką sierść jaką posiadam to było najlepsze co mogło mnie rano spotkać. Cieszyłem się bardzo że nie pada i nie jest aż tak zimno. Przeciągnąłem się i spojrzałem na mojego towarzysza podróży, który jeszcze spał. Przydałoby się jakoś mu odwdzięczyć że zajął się mną wczoraj. Jednakże coś mi bardzo nie pasowało. Powinienem czuć się źle i być chory.
Czyżbym użył mocy przez sen? Spotkałem kiedyś pewną waderę, która absorbowała energię od innych kiedy jej stan był zły. Próbowała ode mnie ją pobrać ale ulotniłem się, więc patrzyłem jak to robi od innego napotkanego wilka. Nigdy bym nie pomyślał że moja umiejętność kopiowania może zadziałać w czasie snu. Mam tylko nadzieję że Shizuś nie odczuje tego za bardzo.
Teraz na pewno muszę zadbać o niego. Rozejrzałem się dookoła. Wciągnąłem powietrze w nos. Wyczułem niedaleko nas jakieś pożywienie. Powinienem być w stanie upolować je, mimo tego że nigdy nie byłem w tym za dobry. Moja siła jest poniżej normy. Raz się żyje. Ruszyłem tropem w głąb lasu. Było to ciemne miejsce i to bardzo. To był zupełnie inny las niż te na terenach watahy. Drzewa rosły bliżej siebie, a z nich zwisały pnącza i liany. Korzenie wychodziły z ziemi i były bardzo grube i potężne. Praktycznie tylko po nich się chodziło. Światła nie było prawie wcale. Każdy dźwięk rozchodził się echem. Na początku kiedy usłyszałem ptaki, które siedziały na drzewach przestraszyłem się.
- Skoro coś tutaj wyczułem to na pewno jest tutaj coś do zjedzenia - powiedziałem do siebie aby dodać sobie otuchy
Skakałem z korzenia na korzeń aby było szybciej. Nie miałem zamiaru iść w głąb lasu za bardzo żeby się nie zgubić. Jeszcze tego tylko by mi brakowało. Nagle zobaczyłem małą sarenkę. Powoli się do niej zakradłem i skoczyłem uśmiercając ją na miejscu. Złapałem ją i zacząłem ciągnąć do miejsca gdzie był mój towarzysz. To nie należało do łatwych zadań. W połowie drogi zorientowałem się że zabawiłem się kilku ran, ale nie były poważne. Ucieszyłem się wychodząc z tego lasu. Promienie słońca od razu ogrzały mnie na nowo, a ja zrozumiałem jak tam było zimno. Chwilę tak postałem i wróciłem do Shizusia. Usiadłem odetchnąłem a on własnie się obudził. Spojrzał najpierw na zdobycz, a potem na mnie. Zobaczył moje rany i zerwał się jak oparzony.
- Co ci się stało?
- Chciałem coś upolować żeby nie być głodny potworze!
Spojrzał na mnie z irytacją.
- Trochę się obtarłem nic więcej, a teraz jedz
- A ty? - zapytał
- Ty się najedz
Nie mam pojęcia o czym myślał. Nie potrafiłem tego odczytać z jego oczu. Nie ruszał się wcale. Tylko stał i się patrzył. Ciekawiło mnie o czym myślał, ale chyba nie było mi przeznaczone poznać te myśli.
- Shizuś - odezwałem się - Jak się czujesz?

Shizuś?

Od Shaytana do Rachel

Data:
5 lipca 2017
Komenatrze:
Brak komentarzy
- Spoko, rozumiem. - powiedziałem spokojnie, wzruszając ,,ramionami". Usłyszałem szeleszczenie liści i automatycznie skierowałem łeb w tym kierunku, zadzierając go do góry. Z korony pobliskiego drzewa oplecionego kolczastymi pnączami wyfrunął mały ptak o pięknym, czarnym upierzeniu z białymi plamkami i pomarańczowym dziobie. Już na pierwszy rzut oka można było rozpoznać w nim kosogłosa. Przeleciał szybko nad miastem i zniknął po drugiej stronie. Ponownie spojrzałem na waderę. Najwyraźniej nie była zainteresowana tym stworzeniem, a wręcz przeciwnie, wyglądała, jakby miała mu coś za złe, ale nie wnikałem w to.
- A ty, jak się nazywasz? - spytała nagle. Uśmiechnąłem się lekko, prowokująco, i odparłem:
- Marek co idzie na jarmarek. Ochrona danych osobowych. - wilczyca parsknęła śmiechem, a ja wraz z nią. Po chwili odwróciłem się na pięcie, by ruszyć w dalszą drogę. Przed sobą miałem już tylko zbitą gęstwinę, a rozmowa powoli usuwała się w cień, jak wszystkie tego rodzaju. Zrobiłem kilka kroków naprzód, ale za sobą usłyszałem jej zdziwiony głos:
- Dokąd idziesz? Podobno dopiero co do nas dołączyłeś, więc może powinieneś zostać. - zasugerowała. Obejrzałem się i odparłem:
- Gdzieś. Nie zamierzałem. - Powinieneś bardziej uważać co wygadujesz obcym. - upomniałem się w myślach. Skoczyłem do przodu i przebiłem się przez roślinność, z kilkoma zadrapaniami. Biegłem jeszcze kilkanaście metrów, i zatrzymałem się, by się rozejrzeć. Otaczał mnie tak samo duszny i wilgotny las równikowy jak rankiem. Miałem sucho w gardle. Postanowiłem znaleźć jakiś strumyk, rzeczkę z której będę mógł się napić i ugasić pragnienie. Parę minut kluczyłem w kółko po jednym terenie, szukając ewentualnych śladów zwierząt, ale zrezygnowałem z tej metody i szedłem po prostu w dół. Woda zawsze zbiera się w jakichś wnękach i dołach. Zaczęło się już popołudnie, kiedy wreszcie zauważyłem między drzewami szaro-niebieską plamę niewielkiego jeziorka. Przyspieszyłem kroku i natychmiast zanurzyłem pysk w chłodnej wodzie. Oblizałem się i przyjrzałem mu bliżej. Po dnie chodziło tylko parę skorupiaków, trochę glonów, nic ciekawego. Położyłem się na ziemi obok. Wtem do moich uszu dobiegł jakiś szelest. Wstałem, w gotowości do ewentualnej konfrontacji. Błysnęły czyjeś oczy. Zjeżyłem nieco sierść, lecz z krzaków wydostała się ta sama wadera, z którą niedawno rozmawiałem. Ochłonąłem, w milczeniu mierzyliśmy się wzrokiem. W końcu poprawiłem pasek od torby na szyi i wykonałem pierwszy ruch:
- Czemu mnie śledzisz? - spytałem chłodno.
- Wydałeś mi się podejrzany. - rzekła.
- Hah. - westchnąłem. Nie widziałem w tym większego sensu, ale to w sumie zrozumiałe uznać mnie za jakiegoś zbiegłego bandytę.

Rachel? Nie wiem, czy dałam Ci wielkie pole do popisu, ale jest

Od Rachel do Shaytana

Data:
5 lipca 2017
Komenatrze:
Brak komentarzy
Duchota. No, przynajmniej nie jest zima. W zimie muszę co chwila przeskakiwać z łapy na łapę, bo śnieg i zimno nie jest u mnie mile widziane. Stałam sobie spokojnie na małej polance. Zwykle wszystkim włażę pod nogi, i wszystko jest na mnie, że się niby plączę. I nagle... bum! Ktoś na mnie wpadł
- Sorry.
- Ej! - odwróciłam szybko głowę. Wszedł we mnie jakiś basior, którego raczej nie znałam. Gdy ten otwierał pysk, by coś powiedzieć, a go wyprzedziłam spodziewając się, co zaraz nastąpi. - Tym razem stałam sobie grzecznie! Czemu wszyscy muszą na mnie wchodzić, a potem wszystko moja wina. TYM RAZEM TAK NIE BYŁO. Przysięgam. Po prostu sobie stałam. Ale spokojnie, i tak miałam zamiar stad iść, a więc... cześć. - powiedziałam szybko i zaczęłam iść w stronę drzewa.
- A skąd pewność, że chciałem cię obwiniać za to, że na ciebie wszedłem? - stanęłam zaskoczona i popatrzyłam na niego dziwnie.
- Ej, czyli nie obwiniasz mnie, żeś we mnie wszedł?
- A niby czemu? - odetchnęłam z ulgą.
- A nie... bo jak tutaj na kogoś wejdę, albo ktoś wejdzie na mnie, to wrzeszczą " Jak łazisz! " i tp.
- No to najwyraźniej właziły w ciebie nie odpowiednie wilki.
- Chyba tak. - odparłam, i jakby nabrałam chęci do rozmowy. - Skąd jesteś? Jakoś cię tutaj nie widziałam.
- Nie dziwię się. Nie dawno tutaj dołączyłem.
- Ach... no tak. Ja tutaj już PRAWIE wszystkich znam.
- A ja prawie wszystkich nie znam. Więc... jakie masz imię?
- Ochrona danych osobowych. - uśmiechnęłam się złośliwie. - Wolę nie podawać imienia zbyt wcześnie.

< Shaytan? Rozwiń proszę, bo ja nie umiem >

Od Shizuo do Izayi

Data:
5 lipca 2017
Komenatrze:
Brak komentarzy
Miałem w głowie zupełną pustkę... Nie spodziewałem się takiego wyznania, akurat od niego... Jeszcze do tego był tak blisko, a serce łomotało mi jak szalone... Ah! Ogarnij się, ogarnij...! Głupie serducho... A co jeśli on wyczuje, jak na szybkich obrotach jest ten mój ważny organ?
Wziąłem głęboki wdech i niepewnie objąłem łapami młodego basiora. On na to zaskoczony, próbował odnaleźć moje spojrzenie, ale nie było mu to dane, gdyż zamknąłem oczy, tuląc go do siebie czule. Jeszcze brakuje mi tego, żebym się podniecił... Czemu ostatnio moje ciało tak na niego reaguje? Nie jestem przecież zboczeńcem, więc czemu czuję przy nim takie dziwne, a zarazem przyjemne uczucie? Czy mogę to nazwać czymś na wzór zauroczenia? Miłości? Sam nie wiem.... Jestem co raz to bardziej świadom swych uczuć, ale nie wiem czy powinienem wyznać je Izayi... Mimo, że przed chwilą mi wyznał, że jestem dla niego kimś ważnym, można to zrozumieć na kilka różnych sposobów. Jestem dla niego jak przyjaciel, albo kimś na przykładzie starszego brata, czy może zakochał się we mnie? Sam nie wiem... Na razie wolę trzymać swoje uczucia w sobie, kiedyś przyjdzie czas, aby się nimi podzielić.
No i skończyło się na tym, że od dłuższego czasu tulę go do siebie i nie wiem nawet czy go nie przydusiłem. Uchyliłem powieki i spojrzałem na Izayę, który z dnia na dzień z wroga, awansował na obiekt moich westchnień. Czy to dziwne? Może to tylko chwilowe zauroczenie? W to trochę wątpię... Serce zaraz wyskoczy mi z piersi. Wciąż czuję jego ciepło ciała i ten piękny zapach. Basior spojrzał mi w oczy, a ja nie wytrzymałem i złożyłem na jego ustach czuły pocałunek. Nie wiem ile to trwało, ale on nie protestował, więc pogłębiłem niepewnie czułość. Dopiero kiedy poczułem, że z moim ciałem jest coś nie tak, oderwałem się od niego i speszony, zauważyłem... że za bardzo się podnieciłem... Co za wstyd...
- Wybacz... Muszę coś załatwić... - Delikatnie zarumieniony, odszedłem szybko na bok i skryłem się za krzakami, kilkanaście metrów dalej od ogniska.
Czy zauważył? Ma z tego ubaw?
- Cholera... - Mruknąłem sam do siebie i przegryzłem wargę.
Musiałem pozbyć się pewnego kłopotu i to szybko...
Po jakimś czasie wróciłem do basiora, który leżał zwinięty w kłębek, przy ognisku. Nie wiedziałem nawet czy spał, czy tylko sobie leżał. Westchnąłem cicho i ułożyłem się przy nim po cichu, otulając go delikatnie swoim ogonem...

Izaya? c:

Od Yakumo do Haze

Data:
5 lipca 2017
Komenatrze:
Brak komentarzy
Gnałem przed siebie, co chwila zerkając na Haze, która biegła za mną i z minuty na minutę coraz to bardziej zwalniała. Kamyki uderzały o jej łapy, przez co utrudniało jej to bieg. Zwolniłem tempo i wyrównałem z nią bieg. Nagle wykonałem dość ryzykowany ruch i zarzuciłem sobie waderę na plecy, zaczynając ponownie szybko biec byle przed siebie i byleby uciec od tej burzy piaskowej. To było oczywiste, że bym jej tu samej nie pozostawił. Nie chciałbym mieć trupa na sumieniu. Jeszcze by mnie nawiedzała dniami i nocami.... A jakoś nie mam ochoty wysłuchiwać jęków kolejnego ducha... Ugh... Udręka...
- Co ja z tobą mam... - Wysapałem między pojedynczymi oddechami.
Serce łomotało mi jak szalone, a oczy rozbiegane, wpatrywały jakiegoś schronienia. Nagle ujrzałem dość niedaleko położoną jaskinię, która wydawała się w miarę na bezpieczną, więc natychmiast zmieniłem kierunek biegu i resztkami sił, dobiegłem do groty. Westchnąłem głośno z ulgą i łapy się pode mną ugięły, przez co runąłem na ziemię wraz z waderą. Teraz tylko czekać aż ta burza przejdzie...
- Możesz już ze mnie zejść? - Mruknąłem zmęczony i wyplułem z ust, drobinki piasku.
- Ah! Tak! - Szybko zeszła z moich pleców, a ja poczułem ogromną ulgę, to nie tak, że Haze jest ciężka...
- Musimy trochę poczekać... Nie wiem ile może to potrwać... - Odparłem po chwili, zerkając na, otrzepującą się z piachu wilczycę.
- Okej... - Spojrzała mi w oczy, a ja uniosłem brew do góry, czując, że coś ode mnie chce, ale nie chce tego powiedzieć... - Ja...
- Tak?
- Nieważne... - Odwróciła głowę na bok i po chwili ułożyła się pod ścianą.
Wywróciłem oczami i uśmiechnąłem się pod nosem, obserwując ją dyskretnie. Wiedziałem, że coś próbuje z siebie wydusić... Czy tak trudno jest podziękować? Eh... Nie mi jest dane oceniać innych...
- Słuchaj... - Przemówiła nagle, a ja uniosłem łeb. - Nie będę się powtarzać...
- Hmm?
- Dziękuję... - Zarumieniła się delikatnie i zwinęła się w kulkę.
Zachichotałem cicho.
- Nie masz za co... Nie zostawiłbym cię przecież.... - Szepnąłem i ułożyłem głowę na łapach.

Haze? c:

Izaya do Shizuo

Data:
4 lipca 2017
Komenatrze:
Brak komentarzy
Szliśmy przed siebie. Nie byłem pewien czy chce wrócić. Wiedziałem dobrze że jak już dotrę do domu to wszystko się zmieni. Nie dość że dziadek będzie się naśmiewał że nie dałem rady zabić Shizuo, to jeszcze pewnie domyśli się że coś do niego zacząłem czuć, a jakby tego było mało to muszę przejąć władzę w stadzie. Wszystko się komplikuje. Nie wiem jak Shizuo zareagowałby na to że podkochuje się w nim basior, który próbował go zabić. Dochodzi do tego jeszcze utrzymanie rodu. Za dużo tego na głowie.
- Co nic się nie odzywasz? - zapytał nagle a ja podskoczyłem
- Bo nie mam co ci powiedzieć...
Zerknąłem na niego. Zawsze czuję się przy nim jak taki mały basior nic nie warty. Pomyśleć że znam go od kiedy tylko pamiętam, a on pamięta jak byłem szczeniakiem. Zawsze próbowałem go zabić, już nawet nie pamiętam dlaczego tak było. Co było takim zapalnikiem że zapragnąłem go zabić. Może to był pogląd że nigdy nie będę taki jak on. Jestem w końcu bardzo słaby, jedyne co potrafię to kopiować moce. Nawet nie umiem wyrazić jak bardzo go szanuję. Chciałem tylko żeby był szczęśliwy ze swoim bratem, ale znowu wszystko zepsułem. Nic mi się ostatnio nie udaje, jestem nikim. Jedyne co mnie teraz pociesza to możliwość kroczenia koło niego, nawet jeżeli milczymy to i tak czuję się dobrze.
- Shizuś...
- Tak? - spojrzał na mnie
- Już nic!
Kiedy przekroczyłem tą niebezpieczną granicę? Najpierw chciałem go zabić a kiedy już byłem blisko zrozumiałem że nie potrafię bo coś czuję do niego. Co jest z tym światem ostatnio...
Droga była dosyć prosta, ale ja już czułem zmęczenie i to wielkie. Nie wyzdrowiałem jeszcze do końca. Nie miałem jednak zamiaru się zatrzymywać i dawać mu powodów do opieki nade mną. Musiałem udawać że wszystko gra, ale to było coraz cięższe jak dla mnie. Poczułem jak łapy się uginają pode mną...
Kiedy się ocknąłem była noc, a obok mnie paliło się ognisko. Chwilę mi zajęło za nim złapałem ostrość.
- Mógłbyś mnie tak nie straszyć? - usłyszałem niezadowolony głos Shizuo
- Wybacz, to tak nagle - burknąłem
- Myślisz że nie widziałem że źle się czujesz? - usiadł koło mnie
Nie odpowiedziałem nic. Patrzyłem się na ogień. Płomienie były ciepłe i to bardzo, tego mi brakowało ostatnio. To światło także było piękne. Nie chciałem się ruszać z tego miejsca i tak była noc a ja nie miałem zamiaru iść po ciemku. Nie lubiłem tej niezręcznej ciszy między nami. Shizuo nie wydawał się rozmowny. Znowu wszystko zepsułem. Wstałem powoli. Cały czas czułem jego wzrok na sobie. Było to bardzo niezręczne dla mnie. Podszedłem do niego ale nie patrzyłem mu się w oczy. Niewiele myśląc przytuliłem się do niego najmocniej jak umiałem. Czułem jego zapach, był taki przyjemny i podniecający, był dla mnie jak narkotyk.
- Co robisz? - zapytał
- Shizuś... Ja... chyba... nie chce ciebie stracić, jesteś ważny dla mnie....
Nastała cisza. Czekałem tylko aż mnie odepchnie i wyśmieje, tylko tak mógł teraz zareagować. Gdyby było jednak inaczej nie wiem co mogło by się stać, ale wole być jednak przygotowany na wszystko.

Shizuo?

Od Shaytana do kogoś

Data:
3 lipca 2017
Komenatrze:
Brak komentarzy
Ściółka pod moimi łapami porośnięta gęsto mchem i przeróżną roślinnością uginała się lekko. Wszystko było przesiąknięte wszechobecną wilgocią, a w połączeniu z wysoką temperaturą powietrze stawało się nieprzyjemnie duszące. Przynajmniej się nie odwodnię. - pomyślałem z ironią. W każdym wdechu jest chyba więcej wody niż tlenu. Na dnie lasu panował mrok, tylko nieliczne promienie słońca były w stanie przedrzeć się przez górną warstwę pierzastych koron drzew. Nieustannie musiałem odgarniać sprzed nosa wielkie, talerzowate liście, co zaczynało mnie już irytować. Zbliżało się południe, więc powinienem być już niedaleko miasta. Wypatrywałem jakiejś niewyraźnej ścieżki lub oznak czyjejś obecności, ale las deszczowy przypominał w dole żywopłot. Po kilkunastu kolejnych krokach wreszcie podszyt zaczął się przerzedzać. Przyspieszyłem, i zauważyłem drogę ułożoną z kamieni, a w oddali pierwsze domy Grimaer. Uśmiechnąłem się do siebie, i podążyłem za nią. Pierwsze wilki przechadzały się po brukowanych uliczkach, sprzedawcy w straganach poszukiwali potencjalnych klientów. Ot, kolejny dzień życia. Wolałem szybko załatwić sprawę, dłuższe przebywanie w miastach mnie męczyło. Rozglądałem się parę minut po różnych wystawach. Podszedłem do jednego z kramów. O ladę opierał się dosyć niski, na oko 25-letni rudy basior.
- Och, witam. Szuka pan czegoś? - spytał z nadzieją. Chwilę przyglądałem się towarom.
- Właściwie, przydałaby mi się ta płachta. - wskazałem na brązowy, skórzany materiał. - I trochę owoców.
- 60 solarów. - odparł bez wahania, zdejmując wybrane przeze mnie rzeczy. Prychnąłem z pogardą, zaczynała się kolejna runda rozgrywki.
- Nie to nie. - wzruszyłem ramionami, udając szykowanie się do odejścia. - 30 solarów.
- 55. - rzucił szybko wilk.
- 35.
- 50 to ostateczna cena. - rzekł z powagą. Milczałem krótko.
- 38. - sprzedawca westchnął cicho, kląc nosem.
- 45. - zaproponował.
- 40. To moje ostatnie słowo. - powiedziałem, patrząc mu w oczy. Czułem na sobie spojrzenia zaciekawionych gapiów i miałem ochotę uciec. Rudy przesunął wszystko w moją stronę i odwrócił się, by majstrować coś przy skrzynce z warzywami. Wyciągnąłem woreczek z torby, wysypałem kilkadziesiąt monet i dla pewności przeliczyłem, po czym zgarnąłem narzutę i jedzenie. Zapiąłem sprzączkę i oddaliłem się. Słońce stało wysoko na niebie. Postanowiłem ruszyć dalej na zachód. W zamyśleniu na kogoś wpadłem.
- Sorry. - mruknąłem.
<Ktoś z neutralnych? Nudam się>

"Spróbuj go zatrzymać, zwłaszcza przed osiągnięciem celu; łatwo nie będzie."

Data:
2 lipca 2017
Komenatrze:
Brak komentarzy
SHAYTAN ERKH
*Shay jest najlepiej przyjmowanym przez niego skrótem, ale nie przepada za pseudonimami padającymi z ust nieznajomych.*
Znalezione obrazy dla zapytania wilk zima
@333Abid
INFORMACJE
KONTAKT: horsecool(D), holidays horse(H), justynawlodarczyk16@gmail.com
WIEK: 20 lat
PŁEĆ: Basior
RASA: Neutralny
ŚCIEŻKA: Wojownik neutralny i zwiadowca
POCHODZENIE: Corsica, Fairce
ORIENTACJA: Heteroseksualny
PARTNER: Znowu za dużo wypiłeś...Nie zamierza się ograniczać.
ZAUROCZENIE: Patrz powyżej.
POTOMSTWO: To nie dla niego. Młode go irytują, i woli trzymać się od nich z daleka.
KREWNI: Matka Lesita, Ojciec Kanou [*], Siostra Forci [*]

OBLICZE POSTACI
CHARAKTER: Zacznijmy od tego, że urodził się w Fairce, w Corsice. Jego ojciec pochodził z Alwyr, i spotkał Lesitę podczas jednego ze swoich łupieżczych ,,wypadów". Porzucił dla niej to życie i stał się zwykłym kupcem. Zamieszkali w rodzinnej wiosce jego matki. Niedługo potem wadera zaszła w ciążę, a jej owocem był Shaytan Erkh oraz Forci, która zmarła kilka godzin po porodzie. Już w pierwszych chwilach życia szczenię wykazywało się ciekawością, oddalając się od rodzicielki dalej niż inne młode. Zachował tę cechę do tej pory, chce wciąż poznawać świat w którym żyje. Miał ledwie 2 tygodnie, gdy jego rodzice z niejasnych przyczyn opuścili Fairce i od tej pory rzadko gdziekolwiek zatrzymywali się na dłużej. Pewnego dnia zapuścił się wraz z rodziną na tereny aniołów. Zaatakował jeden z nich; ojciec zginął. Shaytan ostatecznie po wyleczeniu ran wyruszył w samotną podróż. Nienawidzi aniołów i gardzi tymi ,,czcicielami dobra" z całego serca. Demony woli omijać, zaś neutralni i wieczni są mu obojętni. Wydawałoby się, że nic go nie obchodzi, jednak czujnie obserwuje, by w razie konieczności mieć coś w zanadrzu. ,,Przyjaźń wiąże się z zaufaniem. Zaufanie to pierwszy stopień do upadku." - to zdanie utkwiło mu w pamięci. Jest nieufnym samotnikiem, stara się nie nawiązywać bliższych relacji, traktuje innych jedynie jako partnerów interesu. W tłumie czuje się nieswojo i pojawia się w nim chęć ucieczki, rzadko pojawia się w miastach czy wioskach, czasem dąży do tego, by wreszcie się przełamać, ale zwykle próby spełzają na niczym. Ma głęboko zakorzenione poczucie sprawiedliwości, niełatwo go oszukać. Broni swoich przekonań i argumentów, Bywa egoistyczny i chytry, jednego dnia denerwuje się szybko, innego nie ruszy go nic. Nie można mu odmówić inteligencji i zdolności do szybkiego uczenia się. W obliczu zagrożenia zachowuje zimną krew i ujawnia się jego dzikość i brak litości. Bierze jednak jakąś odpowiedzialność za swoje czyny, choć czasem próbuje się od tego wywinąć...To basior w rozmowie rozbrajająco szczery do bólu i ironiczny. Można odnieść wrażenie, że nie ma uczuć, lecz po prostu wstydzi się zdejmować swą maskę. Ma swoją wrażliwość, dumę i wyrozumiałość. Spróbuj go zatrzymać, zwłaszcza przed osiągnięciem celu; łatwo nie będzie.

APARYCJA: Shaytan jest wilkiem o umaszczeniu łączącym trzy kolory w różnych odcieniach: czarny, brązowy oraz kremowy, z czego pierwsze dwa tworzą ,,płaszcz" i okalają szyję, zaś dół stanowi ten ostatni. Na przednich łapach ciągną się od góry dwie atramentowe linie. Pod lewym okiem znajduje się niewielka, podłużna blizna. Futro jest gęste, przylegające do ciała. Jest nieco wyższy od innych, lecz raczej nie wyróżnia się zbytnio z tłumu.

APARYCJA PRZEMIANY: -

UNIKALNA MOC: Runy - to dość słabo poznana moc, wrodzona. Znak zostaje aktywowany poprzez narysowanie go na dowolnej płaszczyźnie, nawet w powietrzu, i ,,tchnienie". Nadal ćwiczy tę umiejętność. Ma to różne zastosowania; od otwierania zamkniętych drzwi, przez widzenie w ciemności czy przekształcanie materii, po ataki siejące zniszczenie. Jednakże im silniejsza runa, tym więcej energii musi zużyć, a jest szansa, że i tak nie wypali. Natomiast niektóre znaki działają tylko przez określony czas.

UMIEJĘTNOŚCI:
Siła:  15★
Zwinność:  20★
Szybkość:  15★
Wytrzymałość: 15★
Zdrowie:  15★
Unikalna moc:  20★

EKWIPUNEK
SOLARY: 50S

INNE: -

SZCZEGÓŁOWE INFORMACJE
REPUTACJA: Jest postacią trzymającą się w cieniu i raczej stroniącą od towarzystwa, obojętną otoczeniu, ale umie się targować. Pojawia się tu i tam, najczęściej na terenach Elcrys i Corsici.

LUBI: Jego ulubioną porą jest noc, kiedy może działać po cichu. Woli samotność, lubi wpatrywać się w ogień, wschody słońca bądź obserwować ptactwo.

NIE LUBI: Nienawidzi aniołów z całego serca i gardzi nimi. Oprócz tego nie przepada za upałami, pijakami i pływaniem.

RELIGIA: Nihil

ZGROMADZENIA: -

ZAINTERESOWANIA: Interesują go ptaki, podpatruje je przy każdej okazji i poznaje ich zwyczaje, a wszystko zapisuje w notatniku. Uczy się też chętnie różnych sztuk walki i odporności na ból, z czego opanował już do perfekcji 2 sposoby. Przy okazji czyta też różne książki.

FOBIE: Boi się małych, ciasnych pomieszczeń. Może to być skutkiem tego, że praktycznie przez całe życie przebywał na otwartej przestrzeni. Na widok robali typu pająki, skorpiony czy osy zwykle najpierw odskakuje i robi zniesmaczoną minę, a później niby stara się temu czemuś przywalić. Jednak dżdżownice, ważki i im podobne nie robią na nim wrażenia.

WSKAZÓWKI DLA INNYCH AUTORÓW: Zwykle nie zostaje w jednym miejscu dłużej niż 2-3 miesiące. Nie zapraszaj go lepiej na herbatkę, bo będziesz musiał kupić nową zastawę XD

INNE:
◘ Najlepiej czuje się w lesie, ale przemierza wszystkie tereny na przełaj. Nieustannie podróżuje, nie mogąc nigdzie zagrzać miejsca, dlatego dobrze wie, jak przetrwać w survivalu.
◘ Ma alergię na księżyczki i lekką anoreksję, przez co niewiele je i sprawia to, iż jest chudszy.
◘ Jego głos jest miękki i przyjemny dla ucha, lecz śpiewanie to nie jego bajka.
◘ Potrafi wspinać się na drzewa.
◘ Posiada mały, idealnie okrągły, niebieskawo-mleczny kamyk i się z nim nie rozstaje. Nie wiadomo, jak go zdobył.

.:AKTUALNOŚĆI:.

Nowa aktualizacja watahy będzie już niedługo :D Encyklopedia już prawie zapełniona, poczekajcie jeszcze troszkę! ~ Amera

Od teraz można być człowiekiem! Zapraszamy do wysyłania zdjęć lub artów twojej postaci jako człowieka.

.:TOPKA:.

© 2017 Eternal Wolves.
All rights reserved.
Design by Agata.