Twitter

.:EVENTY:.

Trwa teraz event pt. "Parada dusz"
Zainteresowanych zapraszam tu: KLIK

.:POGODA:.

Dni stają się coraz dłuższe, a noce krótsze. Cieplejsze dni zawitały do nas, a zimniejsze odeszły daleko daleko stąd. Cała przyroda została już praktycznie obudzona, kwiaty na drzewach i łąkach zaczęły rozkwitać, widać ciężarną zwierzynę co zapowiada ich przetrwanie gatunku a dla nas wspaniałe pożywienie. Wiosna jest okresem częstych deszczy, słonecznych dni, a także wiecznych. Pogoda potrafi się szybko zmienić w ciągu dni, dlatego trzeba być przygotowanym na wszystko. Wiosna to doskonały okres aby poznać swojego przyszłego partnera lub partnerkę, z którą spędzimy możliwe i całe nasze życie.

.:SKYPE:.

Chcesz z nami pogadać na skype? Nie ma problemu! -> KLIK
Jeżeli klikniesz ten link na górze, przeniesiesz się na skype jedynie z możliwością pisania na czacie.
Jeżeli jednak chcesz porozmawiać z nami, z głosem ale bez kamerek, to śmigaj na Skype/zainstaluj Skype i zaproś do znajomych Amerę(Skype -> Amera Castelss), a Amera doda Cię do grupy.
Jak na razie z rozmowy skorzystali: AmeiS, Amera, Lexie, Dannyl, Raven, Luka, Tiago, Xerda oraz Slake!

.:INNE:.

Chcesz coś zmienić w watasze? Oceń Eternal Wolves i powiedz nam czego oczekujesz! -> KLIK

Pamiętaj, aby obserwować nas na Twitterze! Ikonka Twittera znajduje się po prawej stronie od loga watahy!

Czegoś nie rozumiesz? Może chcesz zadać pytanie na asku? -> KLIK

.:Eternal Wolves:.

.:KONTAKT:.


AMERA - Adminka
(zmniejszona aktywność)
Doggi - Ali010612
Howrse - Ali010612
Gmail - Sieralioness222@gmail.com
GG - 48141426
Skype - America Castelss

RITSU - Moderatorka
Doggi - lisia98
Howrse - lisia98
Gmail - lisia9855@gmail.com

SHIRO - Moderator
Doggi - cocolino98
Howrse - timenta
Gmail - korzystam z Ritsu gmaila

LEXIE - Moderatorka
(zmniejszona aktywność)
Howrse - Aleksa2003
Gmail - lexie.black01@gmail.com

RAVEN - Moderatorka
Howrse - Fugitive Raven
Gmail - fugitiveraven@gmail.com

.:WYŚWIETLENIA:.

.:WILCZE POGADANKI:.

Pogadaj z nami anonimie jeżeli chcesz :3 Nie zmuszamy, ale miło by nam było gdybyśmy się zapoznali :D

Od Seishin do Melairene

Data:
13 lutego 2018
Komenatrze:
Brak komentarzy
Nie wiedziałam co ze sobą zrobić, dlatego stałam w miejscu, spoglądając tylko w podłogę i skupiając wzrok na kafelkach, którymi wyłożona była moja komnata. Była to jedyna droga do tego, bym zachowała spokój i przejęła kontrolę nad swoim ciałem oraz myślami, które choć przed chwilą ukierunkowane były w jednym kierunku, teraz skakały po mojej głowie, odbijając się od jej ścian i chaotycznie biegając dookoła.
Wzięłam głęboki oddech i uniosłam podbródek do góry, usilnie próbując sprawiać wrażenie odważnej i dumnej. A przynajmniej na tyle, na ile mogłam wyglądać stojąc w długiej do kolan, luźnej tunice, której kolor przywodził na myśl ciemny jak noc bazalt.
- Nie - odpowiedziałam, akcentując to bardziej jak pytanie aniżeli zdanie twierdzące. - Nie. Nie, nie nie. Nic mi nie zrobisz. Po prostu stąd wyjdziesz i zostawisz mnie w spokoju.
   Mężczyzna spojrzał na mnie bez wyrazu, jego oczy wydawały się być pozbawione emocji, a w tym współczucia. Mimo to jego uśmiech wyrażał coś w rodzaju zrozumienia, jakby od samego początku spodziewał się usłyszeć taką odpowiedź. Było to dość niepokojące...
- Nie będę robić niczego wbrew twojej woli. - odrzekł spokojnie i beznamiętnie.
Zamrugałam zaskoczona, przegryzając wargę w nerwowym geście.
- To...  Dobrze - kiwnęłam kilka razy głową. Opuściłam ramiona, nie mogąc znieść ciężaru bezsilności, jaką odczuwałam w tamtej chwili. - Jestem taka beznadziejna. Wpakowałam się w największe z bagien, a mogłam umrzeć samotnie i nikomu nie zagrażać.
- Och, moja droga... - uśmiechnął się znacznie szerzej. Teraz w tych srebrzystych tęczówkach zatańczyły nie tylko iskierki szczerego rozbawienia, aczkolwiek również smutku. Miało to w efekcie słodko gorzki posmak. - ...gdybym miał kiedykolwiek podczas całej wieczności taki wybór jak ty, pozbawiony większych konsekwencji w kwestii mojej śmieci i tego, co po bym po sobie pozostawił, byłbym najszczęśliwszym zmarłym w całym cholernym wszechświecie. Niestety, nawet zmarli znają moje grzechy i imię. Tamta strona nie wiele różni się od tej, na której teraz przebywamy. Zbyt szybkie odejście sprawi, że zacznie ona przypominać otchłań bez dna. Końca. Wtedy twój koniec stanie się kolejnym początkiem, ale pozbawionym tego samego, co miałaś dotychczas. Większość dopiero wtedy zaczyna doceniać to, co miało. A ty masz wiele, Niszczycielko Światów. Więcej, niż kiedykolwiek potrafiłbym wyśnić.
Otworzyłam szeroko oczy, zastanawiając się  skąd mężczyzna mógłby znać tytuł nadany mi podczas obecności w klanie Oni. Przez chwilę stałam tylko, nadal wpatrując się w niego z lekkim przestrachem, aż nagle zrobiłam krok do przodu, unosząc lewą rękę ku górze i kierując dłoń w jego stronę. 
- Skąd wiesz o Niszczycielce? Nawet Melairene nie powinna mieć o niej pojęcia. Tylko... Tylko Oni wiedzieli. 
   Nim sama zdążyłam zrozumieć, co zamierzam uczynić, z wewnętrznej strony mojej dłoni wystrzelił pocisk rozedrganego powietrza sformowanego w całkiem szeroką wiązkę. Jednocześnie poczułam, jak kości mojego przedramienia zaczynają powoli pękać pod wpływem działania Quake. Nie zawracałam sobie nawet głowy tym, czy Raziel odbił mój cios, czy go przyjął. Po prostu opadłam na zimną podłogę, zaciskając zęby, by nie krzyknąć. Po dość długiej chwili zdałam sobie sprawę, że właściwie moja moc kompletnie go nie dotknęła. Nie miałam pojęcia, jak on to do diabła zrobił, ale stał spokojnie tak, jakbym kompletnie nic nie zrobiła. Zaklęłam przez zaciśnięte usta, więc wydobył się z mojego gardła jedynie bolesny bełkot pomieszany z jękiem.
- Melairene o niczym nie wie na ten temat. Ani ktokolwiek inny w całym tym zamku. - klęknął naprzeciwko mnie.
   Chciałam za wszelką cenę zedrzeć mu z twarzy ten wiecznie nie znikający uśmieszek. Jego opanowanie powodowało tylko to, że wzbierał we mnie gniew od nowa pomimo tego, iż wiłam się z bólu.
- Ciekawe skąd ty to wiesz... - prychnęłam łamiącym się głosem.
- To dopiero jedna z nie wielu rzeczy, jakie potrafię. A teraz... - jego dłoń zawisła majestatycznie nade mną, a ból w całej mojej ręce zniknął.
   Mrugnęłam oczami, a moja kość była na swoim miejscu. Niepołamana. Zachłysnęłam się powietrzem czując się tak, jakby ta część mnie była niczym nowo narodzona... Zaskoczona do dna swojego jestestwa, zlustrowałam go od stóp do głów, żądając wzrokiem odpowiedzi. Był mi ją winien.
- Istnieje coś, przed czym muszą pokłonić wszystkie najpotężniejsze bronie, armie, dynastie. Nawet te nieśmiertelne, bowiem nic nie trwa wiecznie. Podlegamy mu wszyscy w równy sposób, niszczymy się od niego tak samo. Nie ważne, czy istoty żywe czy przedmioty nieożywione. - wzruszył ramionami. - Wiem dużo nie tylko dzięki jego możliwościom oraz mocy, jaką mi daje. Potrafię znacznie więcej równie dobrze bez niego. Mówiłem ci już o telepatii. Pozwala mi ona w połączeniu z tym przeglądać całą ciebie od teraz do początku, od początku do teraz. Mogę widzieć czyjeś wspomnienia, słyszeć myśli, czuć jego pragnienia, na podstawie dedukcji wysnuwać hipotezy przyszłości... Czytam z ciebie jak z otwartej książki i nawet się przy tym nie męczę.
- Czyżby? - przyciągnęłam rękę do klatki piersiowej. Potarłam palcem o rozgrzaną skórę, nie mogąc nadal zrozumieć jak w tak krótkim czasie udało mu się doprowadzić ją do stanu sprzed użycia Quake. Mnie za pomocą magicznych ziół i innych podejrzanych napojów zajmowało to co najmniej kilka dni, a sam proces zrastania był cholernie bolesny. Jego umiejętności sprawiły, że nie poczułam prawie nic, a połamana kość była jak nowa. Odepchnęłam się rękoma od ziemi, by sprawdzić wytrzymałość tej naprawionej magią Raziela i skrzyżowałam ręce na klatce piersiowej, by odgrodzić się od niego barierą. - Nie jesteś człowiekiem. Ani nawet wilkiem. Kimże więc? - przechyliłam nieznacznie głowę, jakby miało mi to pomóc w pojęciu jego osobliwego bytu i osobowości. - Jednym z duchów Melairene?
- "Duch" może być skromnym określeniem mojej osoby, aczkolwiek nie oddającym w pełni tego, kim tak naprawdę jestem. Jako jedna z wielu przebywających tu istot, wezwanych przez znaną ci Melairene, określa się mnie mianem Pieczęci tak samo z resztą, jak ich. Służymy jej w zamian za możliwość przebywania w tym świecie pod postacią fizyczną, dostaliśmy dodatkowo okruchy jej mocy i mamy wypełniać jej rozkazy do samego końca żywota tejże kobiety. - odpowiedział mi bez większych ogródek. - W innej rzeczywistości wyglądam dość... Inaczej. Nie jestem materialny, ani do końca rzeczywisty. 
- Innej rzeczywistości? Zresztą nieważne. Byłabym wdzięczna, gdybyś zechciał opuścić moją komnatę.
- Zgodnie z twoją wolą. - dało się w tym usłyszeć ciut rozczarowania, ale mężczyzna pozostawił mnie wkrótce samą po tym, jak lekko zamknął za sobą drzwi.
Dotarłam niezgrabnie do ogromnego łoża na które ledwo udało mi się wdrapać i owinięta w pościel oraz narzutę, spróbowałam zasnąć.

Melairene?
jestem tak świetna, że napisałam to w całości samodzielnie C:

Od Melairene do Seishin

Data:
21 stycznia 2018
Komenatrze:
Brak komentarzy
   Spodziewałam się po starej przyjaciółce słabości do słodyczy, dlatego przed śniadaniem rozkazałam kucharzom przyrządzić ich na śniadanie najwięcej. Szczęsny traf chciał, że akurat wpadł na pomysł naleśników, które były jej największymi przysmakami.
- Śmiało, częstuj się - zachęciłam nie tylko słowem, ale i skinieniem głowy.
   Zaczęła pożerać niewiarygodnie szybko ogromne ilości tej potrawy. Byłam w duszy pod wrażeniem jej możliwości konsumpcyjnych, biorąc pod uwagę jej delikatne, kobiece ciałko. Takiej prędkości spodziewałabym się po wprawionych w bojach krasnoludach z bajek, albo ogólnie; mężczyzn. Widocznie nie tylko ja miałam tą tendencje do... Odbierania większości nawyków po ojcu, którego nigdy nawet nie zdążyłam poznać. Mawiano jednak na tyle głośno przechodząc obok moich lochów, iż się w niego wdałam, że nawet spod ziemi byłam w stanie to usłyszeć na terytoriach mojej rodzinnej watahy. Potrząsnęłam głową, skupiając się na jedzeniu i tym samym odganiając niechciane wspomnienia z dzieciństwa. Nie były one teraz szczególnie potrzebne. Cieszyłam się teraz szczęściem Seishin i tym, iż w moim pałacu szybko wracała do siebie...
   Jednak to szybko minęło. Gwałtownie wstała, odwróciła się na pięcie i wyszła. Wstałam tuż po niej, spoglądając nań ze sporym zaniepokojeniem.
- Sei...?! - nim zdążyłam wypowiedzieć choć w połowie jej imię, ona zniknęła w swoim pokoju.
- Astaroth. - białowłosy, wysoki demon z jak zawsze pogodnym uśmiechem zmaterializował się po mojej prawicy.
- W czym mogę służyć, moja pani? - jego niby służalczy głos rozlał się po pomieszczeniu na sposób melodii granej na fortepianie. 
   Wiedziałam, że gdyby tylko zechciał, to z sekundy na sekundę wcale by już taki nie był. Zrównałby prastarymi zaklęciami nie z tego świata wszystko, co śmiałoby stanąć mu na drodze. Dlatego wybrałam go na własnego, najbliższego strażnika oraz doradcę.
- Poślij do niej kogoś za godzinę. Kogoś, kto będzie na tyle delikatny i współczujący z Pieczęci, by móc ją doglądać. Nie jej strażnika, który prędzej by ją zrzucił z jej łoża, zamiast porozmawiał.
- Królowa Piekieł nie potrafi sama zapytać, czy może... Boi się negatywnej reakcji?
   Przygryzłam wargę, wbijając nóż w stół, gdzie nie daleko znajdował się nadgarstek, co go oparł dla wygody.
- Jestem taka sama jak wy. Nie mam emocji. Mogę je tylko odgrywać jak każdy żywy wilk. Problem nie tkwi w strachu czy wątpliwościach... - spojrzałam mu prosto w oczy. - Współczucie, jakie bym jej pokazała, byłoby fałszywe. Nienawidzę okłamywać tych, na których mi zależy w ten sposób. Nie musisz tego rozumieć. Jesteś tylko bestią.
- Aż. - poprawił z bardziej krzywym uśmiechem, w którym błysnęły kły. - Ale o dziwo, moja pani, jestem w stanie to zrozumieć. Wyślę kogoś, kto pani nie zawiedzie. On również nie będzie czuł prawdy, tylko odgrywał to, czego oczekujesz. Chociaż w jego przypadku...
   Stanął w większej odległości ode mnie, zabierając dłoń ze stołu. Refleks promieni wschodzącego słońca odbijający się od ostrza noża, padł na jego twarz.
- ...to może być nawet prawdą.
- Kim on niby jest?
- Twoją Pieczęcią. W swoim życiorysie miał mimo wszystko zaszczyt służyć archaniołom przed służbą tobie. Byli oni pyszni, to pewne... Ale o wiele bardziej emocjonalni. Może naprawdę to, co robi... Jest rzeczywiste.
- Jakie jest jego imię?

***

   Opiekun Sekretów. Tak go nazywano od zawsze, jeszcze nim pojął dokładnie jaką rolę odgrywał na każdym dworze w całym swoim życiu. Przechowywanie tego wszystkiego, czym władcy nie mogli się dzielić nawet z własną rodziną, było nie tylko jego obowiązkiem, ale i czystą przyjemnością. Stanowił jednocześnie magazyn i najpotężniejszą broń mogącą zrujnować małżeństwa, rodziny z dziećmi, królestwa, światy, wymiary. Wszystko tylko i wyłącznie z tego samego powodu... Po prostu wiedział wszystko. Często sam się domyślał prawdy. Nauczył się czytać z dusz jak z otwartych ksiąg. A teraz? 
   Wysoki, czarnowłosy mężczyzna o intensywnie srebrzystych oczach zapukał do komnaty młodej kobiety. Wilczycy w ludzkiej skórze. On też potrafił przyjmować taką postać, odkąd Melairene uraczyła go drobinką swojej mocy. Nie było jednak odpowiedzi. Postanowił wtargnąć na własne ryzyko, choć mogło to zrujnować praktycznie wszystko, czego od niego chciano. Już w progu lekko się skłonił, lecz nie uraczył choćby jej spojrzenia. Była zapatrzona w sufit tak intensywnie, myśląc tylko o jednym, a właściwie powtarzając w duszy to jedno słowo. On też miał niegdyś tą mantrę. Też chciał pozbyć się tego całego ciężaru, jaki mu zrzucono na jego dość muskularne po latach ćwiczeń barki. Nie chciał być tym, kim był. Był w stanie nawet to wszystko sprzedać i zacząć nową egzystencję, z innym imieniem, wyglądem, przeznaczeniem. Karmiłby swoje otoczenie kłamstwami, a i tak nikomu by to nie przeszkadzało.
   Ale nie zrobił tego.
- Mogę cię wyczyścić z ich mocy w taki sposób, by cię nie byli w stanie wytropić. Albo dokonać odpowiedniej tarczy, która by ją przysłoniła. Zamazać pani zapach, aurę, zniekształcić w oczach obcych wygląd. 
   Wzdrygnęła się na dźwięk jego zachrypniętego głosu, podrywając się do pozycji siedzącej. Posłała mu spłoszone spojrzenie niczym przyłapana na gorącym uczynku z kochankiem. Przełknęła głośno ślinę.
- Kim jesteś i jak...?!
- Mam na imię Raziel. - odpowiedział jej bezpośrednio. - Czytanie w myślach jest dla nie mnie naturą rzeczy na linii równej z oddychaniem dla ciebie... Wybacz, jeśli naruszyłem twoje wewnętrzne poczucie prywatności, lecz ty to aż krzyczałaś. Tego nie dało się nie usłyszeć.
   Podrapała się po głowie pełnej nierówno ściętych, krótkich włosów. Mrugała intensywnie, rozmyślając. Uszanowałem to i tym razem nie podsłuchiwałem.

Seishin?

Od Seishin do Melairene

Data:
17 listopada 2017
Komenatrze:
Brak komentarzy
Zasiadłszy do stołu, zaczęłam przesuwać ciekawskim spojrzeniem po zastawionych przeróżnymi potrawami talerzach i półmiskach, z zaskoczeniem spostrzegając nowe, nieznane mi jeszcze potrawy. Zaskoczenie to jednak niezbyt dobre słowo, spodziewałam się, że kuchnia w zamku Melairene jest naprawdę dobra. Widok obcych memu oku potraw był raczej miłą niespodzianką. To dużo lepiej pasuje do opisu mojej reakcji. Największą radość sprawiła mi jednak sterty naleśników o grubym cieście pokrytych dużą warstwą kakao i płynnej czekolady. Nie miałam pojęcia w jaki sposób dowiedziano się o moim upodobaniu do tychże placków, będących jednocześnie ogromną bombą kaloryczną, ale na sam ich widok poczułam nagły przypływ głodu. Ojciec zawsze żartował z mojej słabości do słodyczy, napominając mnie przy tym, bym nawet przy pozornie zwyczajnym posiłku zachowywała się niczym szlachcianka, którą zresztą nigdy nie byłam. Stary basior zachował jednak wspomnienia ze swojej młodości i przekazywał je mnie.
Melairene domyśliła się, o czym rozmyślam - co nie było trudne, bo wpatrywałam się w stertę naleśników niczym wygłodniały wilk. O ironio. -  a jeden z kącików jej ust uniósł się lekko ku górze.
- Śmiało, częstuj się - zachęciła nie tylko słowem, ale i delikatnym skinieniem głowy, a mnie nie trzeba było dwa razy powtarzać. Z niemożliwym do powstrzymywania uśmiechem sięgnęłam po naleśnika, a następnie - powoli krojąc go w geometryczne kształty - brałam do ust kolejne kawałki słodkich przysmaków. Gdzieś po siódmym uznałam, że mam już dość. Wypadałoby, żebym sięgnęła również po jakieś inne danie, aczkolwiek dobre maniery na chwilę zostały zasłonięte przez skok cukrowy.
Otworzyłam usta, chcąc podziękować kobiecie za miłe towarzystwo, ale kiedy tylko obróciłam głowę w jej kierunku, zrobiło mi się ciemno przed oczami. I to nie w ten sposób, kiedy człowiek ma zaraz zemdleć. To było coś na kształt wspomnienia, które aktywowało się szybko, by równie prędko zniknąć. Zamrugałam kilkakrotnie, wstając gwałtownie od stołu z głośnym piskiem przesuwanego krzesła, gdy po chwili rozpoznałam obrazy, które dosłownie przed momentem zobaczyłam.
Uśmiechnęłam się, tym razem sztucznie.
- Wybacz, ale chyba zmęczenie wciąż się mnie trzyma. Na razie nie jestem najlepszym materiałem na towarzyszkę, jednak postaram się to poprawić, kiedy już odzyskam siły - starałam się zamaskować drżenie głosu.
Nim Melairene zdążyła mi odpowiedzieć, odwróciłam się na pięcie i żwawym krokiem wyszłam z jadalni i skierowałam się ku własnej komnacie, do której dotarłam zaskakująco szybko. Usiadłam na skraju wysokiego materaca i wplotłam palce we własne, nierówno skrócone włosy, próbując uspokoić płytki oddech.
Wizja w jadalni uświadomiła mi, że jeszcze całkowicie nie pozbyłam się skutków ubocznych magii Oni ze swojego organizmu, a to czyniło mnie łatwą do wytropienia. Nie mogłam pozwolić, żeby mnie dopadli. Nie znowu. W głowie słyszałam tylko jedno słowo.
Uciec.
Uciec.
Uciec.
Ściągnęłam, a raczej zdarłam z siebie suknię i wziąwszy z szafy wygodną tunikę, ułożyłam się w niej na łóżku, próbując odciąć się od ogarniającego mnie uczucia bezsilności, które nagle naparło na mnie z całą swoją siłą. W tym momencie mogłam jedynie leżeć i odpoczywać. Walka lub ucieczka nie wchodziła w grę, byłam zbyt słaba by używać swoich umiejętności, także tych pozyskanych z kamienia Oni. Byłam tymczasowo bezużyteczna. Chociaż... może nie tylko tymczasowo.

Melairene? taka drama na szybciorka

Od Proserpine do Alcaliego

Data:
31 października 2017
Komenatrze:
Brak komentarzy
   Biegłam z innymi na mury tak, jakbyśmy stanowili jedno ciało. Wolałam być wilkiem, zamiast człowiekiem, było to dla mnie znacznie bardziej naturalne. Przebywanie w tamtej formie od zawsze było bardziej męczące, jakby to nie była moja skóra. Tamto ciało nie należało do mnie. Było obce. Nie wilcze, nie leśne, pachniało nawet inaczej, miało inny układ wszystkiego. Zbyt otępiałe zmysłowo nie odbierało wszystkiego tak, jak teraz. A teraz? Znałam już liczebność prawej i lewej flanki, widziałam, w których miejscach nie trzymali równych linii, które z osobników były młodsze i mniej doświadczone w danym oddziale i gdzie by należało uderzyć, żeby rozsiać wśród nich popłoch. Pozwoliłam im zniżyć lot do takiej odległości, w której po swojej demonicznej przemianie dosięgłabym ich szybciej mackami moich mocy, by jednym ruchem strzepnąć ich z firmamentu, żeby pospadali jak muchy. Moja magia co rusz szarżowała pod postacią włóczni nie po to, by przebijać, lecz aby chwytać, uderzać ich o siebie, a potem zgniatać. Oto była prawdziwa zaleta posiadania czarnoksiężniczki na moim poziomie w armii, chociaż wiedziałam, że Melairene na tym samym polu bitwy zdziałałby jeszcze więcej w tak krótkim czasie, co ja teraz. Mimo to nie zamierzała najwyraźniej się wychylać, dopóki, dopóty jej ukochanemu nic zupełnie nie grozi. To było naturalne zachowanie arystokracji; uderzać wtedy, kiedy inni się zmęczą, a nadejdzie taka potrzeba. 
   Tym się właśnie różniłyśmy.
   Nie byłam jedną z nich. 
   Byłam tylko wojowniczką. 
   Jedną z wielu, która walczyła od początku do końca za swojego lidera, ziemię czy nawet w niektórych przypadkach honor. Dla znacznie potężniejszych istot, jak ten królewicz z odległego wymiaru, nie miało to zapewne w najmniejszym stopniu znaczenia. Byliśmy szarą masą, czymś, co się wysyła, aby odeprzeć atak, albo coś zdobyć. Jako jednostka nie mieliśmy znaczenia, co dopiero, jako zorganizowany legion. Nie pamięta się naszych imion z osobna, chyba, że dowódcę. 
   My byliśmy liczbą. 
   Siłą.
   Nadzieją.
    Wszystko zależało od punktu widzenia, jak widać.

Alcali? 

Od Melairene do Vertusa

Data:
31 października 2017
Komenatrze:
Brak komentarzy
   Zasiadaliśmy przy stole w spokoju, lecz tak naprawdę niewiele nam go pozostawiono. Widziałam,
jak Amera zaczęła rozkazywać swoim żołnierzom, by ruszyli na mury, a najbliżsi ochroniarze poprowadzili świty do komnat w głębi jej zamku. Była liderką, musiała wykonywać te rzeczy, bowiem była to jej powinność. Nie wzruszona całym zamieszaniem, upiłam całkiem kilka sporych łyków wina. Było na tyle dobre, że pozwoliłam sobie samodzielnie opróżnić butelkę, wykorzystując, że nikt oprócz Proserpine nie będzie mi się przyglądać z naganą w oczach. Jej fiołkowe oczy błyszczały z irytacją od tamtej chwili, w której zamknięto ją w jej białym, falbankowym więzieniu. To była kobieta wojny, nie salonów. Zapominanie o tym przypomina strojenie lwicy w perły na obroży i trzymanie na smyczy ze wstążek. A ja? Cóż, ja potrafiłam dopasować się do każdego otoczenia. Zdradliwa jak wąż. Jedyny powód, z jakiego byłam dzisiaj zadowolona, był fakt, iż Vertus zatrzymał mnie, ryzykując przy tym swoją nieskalaną reputację przed krwiożerczym królem, który właśnie kończył skopywanie mojego "Wielkiego Mistrza" i dawał tyradę tej biednej, białowłosej kobiecie, która nie była zbytnio pogodzona ze sprawiedliwością tego świata. Każdego świata. Elentiya przypominała mi wówczas białą lilię pośród tak wielu cierni, niepotrzebnych z resztą. Wiedziałam, że posiadała swoją drugą stronę, tą wojowniczą; to stalowe spojrzenie wykuwają lata treningów. W głębi pozostała jednak tym pięknem, delikatnością. Zazdrościłam jej i podziwiałam ją za to, ja swoje zatraciłam, podobnie niczym pewna biała pani rycerz spoglądająca na Vertusa z pocieszającym uśmiechem.
- Jak możesz być taka spokojna?! - Amera wychodziła z siebie, zaraz miała stanąć i się rozdwoić. - Zaraz zacznie się inwazja!
- To nie moje ziemie, tylko twoje. - odpowiedziałam jej beznamiętnie.
   Obejrzałyśmy się na Proserpine, ale... Jej już nie było. Pazury poznaczyły cudowny, drogi zapewne materiał.
- Przynajmniej twoja wynajęta strażniczka się na coś przydała. - mruknęłam z uroczym uśmiechem.
   Amera wyglądała tak, jakby miała zaraz wygłosić stos komentarzy na temat tego, jak bardzo nie należy polegać na zadufanej w sobie arystokracji, ale w ostatniej chwili zmieniła zdanie i kontynuowała swoją pracę. Tymczasem ja spojrzałam na wracającego do komnaty balowej króla z odległej krainy, który prowadził pod ramię piękną lilię. Postukałam paznokciem o barwie stali w stół, przyglądając się już otwarcie całej ich trójce. Co teraz zrobią?

Vertus?

.:AKTUALNOŚĆI:.

Nowa aktualizacja watahy będzie już niedługo :D Encyklopedia już prawie zapełniona, poczekajcie jeszcze troszkę! ~ Amera

Od teraz można być człowiekiem! Zapraszamy do wysyłania zdjęć lub artów twojej postaci jako człowieka.

.:TOPKA:.

© 2017 Eternal Wolves.
All rights reserved.
Design by Agata.