Twitter

.:EVENTY:.

Trwa teraz event pt. "Parada dusz"
Zainteresowanych zapraszam tu: KLIK

.:POGODA:.

Dni stają się coraz dłuższe, a noce krótsze. Cieplejsze dni zawitały do nas, a zimniejsze odeszły daleko daleko stąd. Cała przyroda została już praktycznie obudzona, kwiaty na drzewach i łąkach zaczęły rozkwitać, widać ciężarną zwierzynę co zapowiada ich przetrwanie gatunku a dla nas wspaniałe pożywienie. Wiosna jest okresem częstych deszczy, słonecznych dni, a także wiecznych. Pogoda potrafi się szybko zmienić w ciągu dni, dlatego trzeba być przygotowanym na wszystko. Wiosna to doskonały okres aby poznać swojego przyszłego partnera lub partnerkę, z którą spędzimy możliwe i całe nasze życie.

.:SKYPE:.

Chcesz z nami pogadać na skype? Nie ma problemu! -> KLIK
Jeżeli klikniesz ten link na górze, przeniesiesz się na skype jedynie z możliwością pisania na czacie.
Jeżeli jednak chcesz porozmawiać z nami, z głosem ale bez kamerek, to śmigaj na Skype/zainstaluj Skype i zaproś do znajomych Amerę(Skype -> Amera Castelss), a Amera doda Cię do grupy.
Jak na razie z rozmowy skorzystali: AmeiS, Amera, Lexie, Dannyl, Raven, Luka, Tiago, Xerda oraz Slake!

.:INNE:.

Chcesz coś zmienić w watasze? Oceń Eternal Wolves i powiedz nam czego oczekujesz! -> KLIK

Pamiętaj, aby obserwować nas na Twitterze! Ikonka Twittera znajduje się po prawej stronie od loga watahy!

Czegoś nie rozumiesz? Może chcesz zadać pytanie na asku? -> KLIK

.:Eternal Wolves:.

.:KONTAKT:.


AMERA - Adminka
(zmniejszona aktywność)
Doggi - Ali010612
Howrse - Ali010612
Gmail - Sieralioness222@gmail.com
GG - 48141426
Skype - America Castelss

RITSU - Moderatorka
Doggi - lisia98
Howrse - lisia98
Gmail - lisia9855@gmail.com

SHIRO - Moderator
Doggi - cocolino98
Howrse - timenta
Gmail - korzystam z Ritsu gmaila

LEXIE - Moderatorka
(zmniejszona aktywność)
Howrse - Aleksa2003
Gmail - lexie.black01@gmail.com

.:WYŚWIETLENIA:.

.:WILCZE POGADANKI:.

Pogadaj z nami anonimie jeżeli chcesz :3 Nie zmuszamy, ale miło by nam było gdybyśmy się zapoznali :D

Od Melairene do Vertusa

Data:
21 września 2017
Komenatrze:
Brak komentarzy
   Od pojawienia się nowego przybysza charakter balu diametralnie się zmienił. Wszyscy zaczęli się podejrzewać o to, kim mogą być te tajemnicze kobiety należące do zakonu, którym przecież dowodził mężczyzna. Białowłosy natychmiast po spotkaniu z liderką wmieszał się w tłum, więc muzyka popłynęła z powrotem swoim rytmem. Niby wszyscy dalej ruszyli w taniec, ale każdy ukradkowo zerkał za wielkim mistrzem. Prędzej czy później musiał stanąć przy mnie po tym, jak zdezorientował całe towarzystwo rozmowami z obcymi kobietami. Pewnie z połową już się umówił po balu do łóżka, cały cholerny Nevan.
- Byłaś chociaż przez kilka sekund zazdrosna? - załagodził te słowa tym samym pół uśmiechem, na który kiedyś dawałam się nabierać.
- O ciebie? Jesteś gorszy od wszystkiego, co mnie w życiu spotkało w postaci płci przeciwnej. Jedyne, czego mogę ci zazdrościć to tego, że stać cię było na szybsze okręcenie wokół palca całego Trybunału, a potem Rady. - odwarknęłam, nie używając w najmniejszym stopniu zasad etykiety.
- Przestań mi już tak schlebiać, przecież wiesz, że nie zrobiłbym tak wiele bez ciebie...
   Zacisnęłam dłonie w pięści, czując, jak wbrew mojej woli pokrywał je metal, aby posłać temu kretynowi prawy sierpowy w ten prosty, szlachecki nosek.
- Pewnego dnia zakończy się twoja kadencja. - odbiłam piłeczkę, mając nadzieję, że da mi spokój.
   Odeszłam celowo od niego na trzy kroki, by wziąć od kelnera kieliszek wódki, który wypiłam jednym haustem. Nevan wziął drugi z tacy i zrobił dokładnie to samo z szerszym uśmiechem, a do tego nie skrzywił się po wypiciu.
- Zatańczymy?
- To będzie twój ostatni taniec, wielki mistrzu.
- Właśnie za to cię uwielbiam, Melairene. - przyjrzał mi się z dziwnym błyskiem w oku. -Stawiasz się bez cienia lęku, dlatego potrafisz wygrywać. Brakowało mi tego pod twoją nieobecność w zakonie.
   Uniosłam wysoko podbródek, kiedy prowadził mnie na parkiet. Byłam pewna co do tego, co zaraz miało się wydarzyć. Nie pozostawiałam mu żadnych wątpliwości, on też już wiedział. Dołączyliśmy do wszystkich par, udając doskonale zgrany duet.
- Och, ćwiczyłeś od ostatniego razu. - zauważyłam znacznie większą pewność w tym, jak mnie obracał, czy ujmował dłoń. - Za sprawą większej ilości nałożnic, czy dlatego, że po ostatnim powiedziałam ci, iż mnie ośmieszyłeś przed całą rzeszą czarnoksiężników?
   Prychnął, wyraźnie wbiłam mu sztylet tam, gdzie nie powinnam.
- Ćwiczyłem, ponieważ nie godzi się na moim stanowisku taki nietakt, moja droga.
- "Twoja droga" skończyła się pięć lat temu.
- A co? Zdobyłaś już nowego w swoje szpony? - wbiłam mu paznokcie w ramię, usłyszawszy te pytanie.
- Nawet gdyby, na pewno miałby w sobie więcej honoru, niż ty kiedykolwiek. - wyszeptałam mu z uśmiechem do ucha, co mogło wyglądać tak, jakbym właśnie z nim flirtowała.
   W jego oczach pojawiły się pioruny miotające wszystko na swojej drodze. Zaśmiałam się złośliwie, wkładając w to wystarczająco dużo jadu, by dodatkowo go jeszcze bardziej rozsierdzić. Gdy pojawiliśmy się wystarczająco blisko wyjścia z sali balowej, popchnęłam go w odpowiednią stronę, żeby znaleźć się z nim sam na sam z dala od niepotrzebnych gapiów.
- Czekałam na to cholerne pięć lat, Nevan... - poruszałam ustami w rytm tych słów, jednak nie wydałam z siebie żadnego dźwięku. -...żeby móc odpłacić ci pięknym za nadobne.
   Natychmiast użył swojej mocy, by zmaterializować swoją aurę na kształt dziesiątek strzał wysłanych w moją stronę ze srebrzystego dymu. Byłam od nich znacznie szybsza, kiedy poruszałam się z prędkością niepodobną do tej, jaką mają demony podczas biegu na wysokim obcasie. Kilka wymierzonych w moje serce przecięłam szponami z metalu, w które zamieniły się moje palce. Kiedy pojawiłam się wystarczająco blisko niego, zmyliłam go, odbijając się zwinnie od ściany, by nabrać rozpędu, aby ostatecznie go powalić i unieruchomić pod sobą. Dotknęłam jednym ze pazurów jego podbródka, aby spojrzał na mnie przed swoją marną śmiercią. Prosto mi w oczy. Kilka sekund mojej zwłoki pozwoliły mu zrzucić mnie z siebie wysoko w powietrze, mogłam wówczas wykonać pełny obrót i stanąć z powrotem na ziemi ze kocią zwinnością, lekko się pochylając do kolejnego ataku.
- Ty też ćwiczyłaś... - przyznał, pocierając tył karku, który uprzednio mu wbiłam w posadzkę zamku.
   Przekręciłam głowę.
- Tylko trochę.
   Ponownie na siebie ruszyliśmy, nadal nie znając swoich prawdziwych możliwości. Sparing na pięści poszedł nam jak za dawnych czasów, chociaż celowałam w miejsca, które kiedyś były dla niego słabe. W końcu złapał mnie za nadgarstek, próbując mi go wykręcić, lecz wybiłam się z nóg, oplatując nimi natychmiast jego szyję po szybkim podskoku. To go zdezorientowało na tyle, że go puścił żeby za nie złapać i mnie z siebie zrzucić podobnie, jak poprzednio, ale ze względu, iż poznałam już tamten jego chwyt, postanowiłam się okręcić w drugą stronę, powalając go zmianą strony, na którą przypadł mój ciężar. Grawitacja zrobiła resztę. Ponownie leżeliśmy przez chwilę na podłodze. Wkrótce z jego rękawa wyłoniło się ostrze, które śmignęło zbyt blisko mojej szyi. Poczułam, jak spływała mi ciepła krew na dekolt, po czym zacisnęłam mu dłonie na jego tchawicy, podduszając go, a kolanami wbijając się w jego klatkę piersiową. Stracił dech, opadły mu wszystkie kończyny na raz z bólu. Wykorzystałam to, zaciskając dłonie mocniej i zrywając go do pionu z siłą samego mężczyzny równego jemu. W tym samym momencie poczułam, jak coś ostrego wbija mi się w ramię. Stanęłam na nogach tylko po to, żeby się pode mną załamały.
- Zatrute ostrza wyszły z mody dawno temu... - splunęłam mu na buty, kiedy klęczałam.
- Tylko takie prochy mogą cię uspokoić w trakcie furii, moja droga.
- Zabierz od niej łapska. - z tyłu, zza mnie pojawił się dodatkowy głos, którego się nie spodziewałam.
   Obejrzałam się z szokiem na Vertusa stojącego samotnie w korytarzu po drugiej stronie. Sądziłam, iż będzie tak zajęty swoją białowłosą towarzyszką z domu, że nie zauważy nawet mojego zniknięcia.
   Myliłam się. Chyba nigdy wcześniej nie sprawiło mi to aż tyle radości...
- Za kogo ty się niby uważasz, żeby mi...
   Pstryknęłam i ciało Nevana opadło z cichym łomotem na posadzkę bezwiednie. Zasnął snem, który kontrolowałam z łatwością, zaskakując mężczyznę za mną. Nie spodziewał się po mnie takiej zdolności. Cóż, to był zapewne początek moich niespodzianek dla niego i vice versa. Wstałam z klęczek, otrzepując suknię oraz poprawiając przycięte ramiączko przy lewym ramieniu, nieco odsłaniającym mi ciała. Podeszłam do demona spokojnym krokiem, jakby między nami właściwie nic się przedtem nie wydarzyło. Gdy stanęłam wystarczająco blisko, Vertus zdjął swoją pelerynę, zwinnym ruchem odrywając jej zapinkę od materiału, a potem zapiął ją na porwanym materiale mojej sukni, by utrzymać ją w nienagannym stanie.
- Dziękuję. - spojrzałam na niego spod wachlarzu mrocznych rzęs w ten sposób, który doskonale znał.
   Uśmiechnął się, wkładając mi za ucho zbłąkany kosmyk falowanych blond włosów. Kciukiem potarł po chwili spływającą krew z rany na szyi, dochodząc do dekoltu. Zadrżałam delikatnie. Przyciągnął mnie do siebie, by objąć mnie ramionami. Założyłam ręce na jego szyi, kładąc podbródek na jego ramieniu.
- Twój władca chciał mnie wykorzystać do rozpętania wojny. - mruknęłam przed siebie cicho. - Wezwał cię tam, skąd przybyłeś po to, żebyś go tutaj zawiódł. Dlatego nie chciałeś mi nic mówić.
   Słyszałam, jak głośno przełykał ślinę.
- Prosiłem cię, żebyś znalazła sobie szczęście.
   Odsunęłam się kawałek od niego, by spojrzeć mu prosto w oczy.
- A ty już znalazłeś? - zapytałam, zmieniając gwałtownie tok rozmowy.
   Poruszył zabawnie brwiami, dochodząc do tego, o co mi chodzi.
- Jeżeli chodzi ci o Elen, musiałem z niej dawno temu... Zrezygnować. Jesteśmy teraz tylko przyjaciółmi.
- Tak samo, jak ze mnie?
   Nie podobało mu się, że samymi pytaniami potrafiłam wymusić na nim wypowiedzenie niemal całej prawdy. Przygryzł wargę i przymknął oczy, wzdychając, lecz nic już nie powiedział. Nie umiał wyznać tego przede mną na głos, więc gdzieś głęboko z tyłu mojej głowy pojawił się naiwny szept nadziei mówiący mi, że nadal mu na mnie w minimalnym stopniu zależało.
- Nie mogę wrócić z tobą na bal. - przerwałam po dłuższej chwili ciszy. - On się obudzi, jak ty tam wrócisz do twoich przyjaciół i wszystko wróci do normy po tym, jak zniknę.
   Zobaczyłam w jego oczach iskry złości na moje słowa.
- Zostałaś na niego zaproszona tak samo, jak i my.
- Moje zniknięcie z Nevanem to jedno, ale ty musisz ukrywać przed swoim własnym wymiarem to, co tu się wydarzyło. Co kiedykolwiek zaszło, chociaż oni i tak pewnie o tym wiedzą, nie są głupi.
   Odsunęłam się od niego, pozostawiając między nami tą samą przestrzeń pełną chłodu. Widziałam po nim, jak strasznie go frustrowała. Ta nicość pozbawiona wszystkiego, co moglibyśmy sobie ofiarować w innych okolicznościach... W oczach jego władcy musiałam być tylko jego zabawką na chwilę. Nie byliśmy przecież ani w związku, ani nasza relacja nigdy nie nabrała tego poważnego znaczenia. Dzięki temu Vertus pewnie miał jeszcze jakiekolwiek pole manewru, mógł dalej być najbliższym doradcą swojego króla. Zastanawiałam się, czy nie byłoby nam łatwiej, gdybyśmy dali sobie z tym spokój. Nie włożyliśmy w to zbytnich emocji, właściwie wszystko mogło jeszcze wrócić na swoje dawne tory. Wiedziałam, że on tego potrzebował. Możliwości powrotu.
   Ruszyłam przed siebie tym samym korytarzem, którym weszłam na bal, znikając za wrotami.

Vertus?

Od Proserpine do Alcaliego

Data:
20 września 2017
Komenatrze:
Brak komentarzy
   Dostałam list od Amery w najmniej spodziewanym momencie, po prostu wtedy, kiedy rysowałam mapę podczas mojej kolejnej podróży donikąd, albo jak ona to określała: dookoła Diamentowego Kontynentu. Był w nim zawarty dopisek, że potrzebowała kogoś, kto mógłby ją osłaniać pod nieobecność głównych strażników, co udali się za Shiro w podróż. Pojęłam od razu, iż w nikłym stopniu ufała nowo przybyłym z innego wymiaru i potrzebowała znajomej, przyjaznej twarzy na tyle potężnej, żeby nie doszło pomiędzy nimi wszystkimi do niepotrzebnych konfliktów. Cóż, takie rzeczy były naturalne dla przywódców, a ja byłam tylko wojowniczką, więc postanowiłam nie utrudniać nam egzystencji... Po prostu tam przybywając. Weszłam bezszelestnie tylnym wejściem do zamku przeznaczonym dla służby. Akurat najbliżej było stamtąd do kuchni, co było oczywiste, dzięki czemu w moje wilcze nozdrza wepchnął się zapach pysznych słodkości przyrządzanych na wielki bal powitalny. Oblizałam się instynktownie po nosie, przechodząc obok krzątających się kucharzy, kelnerów oraz kamerdynerów. Któryś z nich musiał mnie rozpoznać, bowiem zatrzymał się jak zamurowany.
- Co panienka tutaj robi? - zakrztusił się niemal śliną.
- Szukam dowódcy straży przybocznej aby otrzymać instrukcje dotyczące...
- Nie, nie. - pokręcił głową z wyraźnym rozbawieniem, iskrzącym się w oczach. - Panienka będzie jako gość, a nie służąca.
- Co? - wyrwało mi się. - Ale...
- Żadnych ale. - warknęła rudowłosa kobieta o intensywnych, granatowych tęczówkach, która wychyliła się zza posiwiałego starca ze srebrną tacą na dłoni w białej rękawiczce. - Zakładasz sukienkę, pantofelki, malujesz się.
- ...nie mam niczego z tych wszystkich rzeczy. - skuliłam z irytacją uszy, machając jak rozdrażniona kotka ogonem.
- O to już zadbałam. - Amera nie dawała za wygraną. - Chodź za mną.
   Czy miałam jakikolwiek wybór? Pewnie, że nie. Podreptałam za nią, przeklinając w duszy respekt do władzy wtłoczony mi podczas szkolenia przez rodziców. Zaprowadziła mnie po schodach z marmuru do korytarzy na parterze, gdzie mieściły się pokoje służby, a potem jeszcze wyżej, gdzie znajdowała się sala balowa oraz komnaty gościnne, tylko, że tam też się nie zatrzymała. Zaczynałam tracić orientację w tym labiryncie przepięknych, kosztownych mebli czy dekoracji, wydawało mi się to wszystko zbędne. Musiałyśmy po kilkunastu minutach być chyba trzy piętra nad ziemią, tak to wyglądało z wysokich do sufitu okien. Tutaj było najmniej drzwi czy przejść, po prostu długi, czerwony dywan w korytarzu, kandelabry i do tego co jakiś czas obrazy przedstawiające ważne dokonania liderów czy historyczne wydarzenia. W końcu zatrzymała się pod dębowymi wrotami, które otworzyła z łatwością, byłam w szoku, że miała w sobie aż tyle siły.
- Tutaj możesz poczuć się jak u siebie. Jeżeli faktycznie masz coś na własność.
- Nie mam. - wyznałam bez wstydu, rozglądając się na ogromne pomieszczenie.
   Komnata miała w sobie jedynie wielkie, królewskie łoże małżeńskie z baldachimem, a także heraldyką Craerii. Na lewo stał kominek z świecznikami ze złota, a do tego mniejszymi obrazkami bardziej przypominającymi obecnych liderów. Po środku był miękki dywan, na którym równie dobrze można by było też spać. Zza karminowych kotar związanych leniwie po bokach sznurami przezierały się promienie zachodzącego słońca. Liderka poprowadziła mnie za kominek, gdzie znajdowało się przejście do jeszcze obszerniejszej garderoby, gdzie stała również biała toaletka z wielkim lustrem.
- No już, zmieniaj się w człowieka. Tam jest łazienka. Doprowadź się do porządku i wróć tutaj, to zajmą się tobą moje dwórki.
   Wytrzeszczyłam oczy z szoku.
- Ja... Nie umiem zachowywać się jak dama. Nie jestem pewna, czy to dobry pomysł ubierać i stroić mnie tak mocno, skoro mam tylko podpierać ściany z innymi ze straży. - wyznałam, spoglądając w inną stronę. - Nie należę do twojej klasy społecznej, Amero.
   Kobieta klęknęła przede mną, uśmiechając się ciepło.
- To bez znaczenia, Proserpine. Dzisiaj zapomnij o tym wszystkim, co jest na co dzień i spróbuj się zabawić.
   Przełknęłam z trudem ślinę, kiwając głowę.
- No dobrze, skoro tak mówisz...



   Efekt końcowy był taki, że postanowiłam zostać anarchistką, a przede wszystkim nigdy więcej nie posłuchać się Amery. Moje szaro białe włosy zostały upięte wysoko w koński ogon, spływając prosto końcówkami na mój kark. Wetknięto weń spinkę z ametystem, mającym według dwórek: "podkreślać moje oczy o odmiennym kolorze od tych zwykłych", na co z godnością królowej prychnęłam. Moje tęczówki nie musiały być niczym podkreślane, ale zgodnie z prośbą Amery, spróbowałam nie rozszarpać tej ozdoby na strzępy i udawać, że "dobrze się bawię". W uszach miałam kolczyki z tym samym kamieniem, ale dekoltu w kształcie "v" nie przysłonili mi właściwie niczym, bowiem suknia była sama w sobie niezwykle ozdobna. Biały materiał opinał bardzo dokładnie mój biust, domyśliłam się, że zawiązali mi gorset na ostatnie możliwe dziurki, ledwo mogłam oddychać. Okolony był maleńkimi, lśniącymi markasytami o głębokim odcieniu purpury. Do bioder ten aksamit był moją drugą skórą, dopiero dalej zaczynał się rozrastać, piętrzyć, a co więcej falować na falbany podobne do płatków śnieżnych róż. Z tyłu miałam jeszcze ze wstążek od gorsetu ogromną kokardę, więc nie będę mogła się nawet opierać plecami o krzesło, by jej nie naruszyć, jeżeli w ogóle uda mi się w tym czymś usiąść...
- Biała Dama. - skomentowała to Amera, pojawiając się w swojej nienagannej kreacji balowej.
- Jak ja mam w tym walczyć?! To jakiś absurd! - syknęłam przez zaciśnięte zęby.
   Zaśmiała się pogodnie, przysłaniając usta arystokratycznie złocisto szkarłatnym wachlarzem.
- Mam nadzieję, że nie będziesz w ogóle musiała walczyć. Poza tym nie potrzebujesz broni, więc postanowiłam pożyczyć ci to cacko, w którym nie potrzeba wykonywać zbyt pośpiesznych ruchów oprócz kroków tanecznych. - odrzekła z powagą, wyjaśniając mi ten cyrk.
   Cieszyłam się w głębi duszy, że uważała moje moce za potężne, ale nie zawsze mi wystarczały. Zwłaszcza, jeżeli miała pojawić się Melairene, w co nie wątpiłam ani sekundę. Słynna Imperatorka swojej mrocznej sekty, złotowłosa piękność, była na tyle sprytna, iż nawet z mało bojowniczą mocą specjalną potrafiła mnie pokonać. Ciężko było przewidzieć, czy i tym razem nie staniemy w szranki, tym bardziej, że obie byłyśmy dumnymi czarnoksiężniczkami. Mogłam się łudzić, że tym razem postanowi pokazać mi gdzie moje miejsce tylko na arenie arystokracji; pusząc się jak paw w swojej równie drogocennej sukni, swoimi baletowymi krokami królowej, będąc o wiele bardziej majestatycznej od samej Amery. Rudowłosa przywódczyni wyglądała przy niej jak ja wśród tych wszystkich książąt i księżniczek.
   Pionek na jej szachownicy.



   Wkroczyłam na salę balową celowo spóźniona. Skoro nie byłam aż tak potrzebna w roli, jaką wymyśliła mi Amera, to po co miałam się ciut bardziej starać? Do rebelii i tak zawsze dochodziło w środku, albo na koniec przyjęć. Melairene zajmowała honorowe miejsce tuż po prawicy liderki, doprowadzając ją do lekkich dreszczy niepokoju. Onieśmielała samą władczynię tych ziem, stąd doszłam do wniosku, że gdyby kiedykolwiek miałaby mieć męża bądź choć partnera, to musiałby ów mężczyzna stać bardzo wysoko nad nią, żeby darzyła go jakimkolwiek zainteresowaniem. Przeszłam się wzdłuż ścian sali, by nie zwracać na siebie zbytniej uwagi. Nie chciałam być zbytnio rozpoznawalna przez śmietankę towarzyską arystokracji, wszakże nie zostałam jeszcze prawdziwą rysowniczką map, ani nie odnalazłam jakiegoś nowego miejsca, z którego mogłabym być znana. Żyłam poza Elcrys, nie będąc ani mieszczanką, ani kimś jeszcze niżej.
   Nie należałam do ich świata.
- Och, to znowu panienka. - rozpoznał mnie ów starszawy kelner, niosąc swoją tacę.
- Przepraszam, musiałam chyba pana potrącić... - nie zapamiętałam zetknięcia się jego ciała z moim w jakimkolwiek miejscu, ale moja suknia była kolosalnych wielkości, więc mogłam to zrobić nawet nieświadomie.
- Nie, nic panienka nie zrobiła. Wygląda pani olśniewająco. - podał mi kieliszek szampana.
   Skinęłam lekko głową, nie znając formułki grzecznościowej, będącą równocześnie interakcją za pochwałę i podany alkohol. "Popierdolona etykieta. Kto ją wymyślił?" - pomyślałam, upijając spory łyk trunku. Kelner zostawił mnie samą, więc wróciłam do udawanych obserwacji otoczenia, aż nie poczułam na sobie czyjegoś intensywnego spojrzenia. Dziwna, mroczna aura zaczęła pełznąć w moją stronę, dlatego spięłam wszystkie mięśnie na raz. Poprawiłam odruchowo pelerynę, przyłapując się na tym, że chciałam założyć na głowę kaptur i zniknąć w tłumie, ale przecież nie byłam na targu, tylko na balu... Stanęłam, lekko sfatygowana w miejscu, dając istocie do siebie dotrzeć. Okazał się nią postawny, wysoki, czarnowłosy mężczyzna w reprezentacyjnym stroju. W jego złocistych oczach czaił się wilk o wiele silniejszy ode mnie, a do tego buchały czymś złym, co intuicyjnie brałam za okaz szczególnie paskudnego charakteru podczas wybuchu silniejszych emocji. Zrozumiałam nagle cały sens prośby Amery, ale ogarnęły mnie wątpliwości, czy w ogóle miałabym śmiałość stanąć z nim do walki... I nie zginąć.
- Witam panią. - skłonił się od niechcenia. Mój umysł wychwycił to za coś powitalnego, więc zrobiłam to, co zaobserwowałam u Melairene; chwyciłam lekko suknię i dygnęłam, czując się jak ostatnia kretynka. - Czy mógłbym poznać twe imię? Posiadam wrażenie, iż gdzieś już panią widziałem...
   "Jakbym nie słyszała tego przez całe cholerne życie, to może faktycznie byłabym równie wychowana, jak te wszystkie kobiety w tej sali razem wzięte".
- Być może. - podniosłam na niego wzrok, mając szczerą ochotę jak najszybciej zakończyć tą konwersację, która i tak zbyt wiele nie wprowadzi w moją cudowną egzystencję. Wiedziałam, że podczas tych spotkań puści, arystokratyczni cudacy nawiązywali między sobą krótkie, grzecznościowe rozmówki cuchnące sztucznymi uśmiechami. Szczerze tym gardziłam. - Często przychodzę na Elcrys tak, jak cała reszta tego społeczeństwa.
   Nieznajomy uśmiechnął się widocznie rozbawiony, czując w tym nutę sarkazmu.
- Tak, to oczywiste. Chodzi mi o twoje oczy...
   Westchnęłam.
- Mam na imię Proserpine. - nie wydawał się być kimś, kto by skojarzył to z czymkolwiek, dlatego wewnątrz odetchnęłam z ulgą. Tak było nawet jeszcze lepiej. - I widzę pana pierwszy raz w życiu.
- Pochodzę z równoległego wymiaru. - wyjaśnił, przyprawiając to udawanym znudzeniem. - Nazywają mnie Alcali.
   Stop. Czy on powiedział "równoległego wymiaru"? Zamrugałam kilkukrotnie, dochodząc do tego, że to on mógłby być tym księciem czy tam królem, z którym Amera miała podpisywać pakt pokojowy. Obejrzałam się w poszukiwaniu kobiety, a ona mrugnęła do mnie porozumiewawczo. Mój język zrobił się suchy na wiór, po niewczasie przypomniałam sobie o szampanie, który miałam w dłoniach. Ponownie go wypiłam, udając, że właściwie nie zrobiło to na mnie większego wrażenia.
- Miło mi poznać waszą wysokość. - odmruknęłam.
   Uśmiechnął się ponownie, ale coś czułam, że było to dla niego nienaturalne i niewygodne. Musiał przywyknąć do bycia znacznie mniej miłym na swoich ziemiach. Czyżbym miała do czynienia z tyranem?
- Mi natomiast panią. Zechciałaby mi pani towarzyszyć przez resztę uroczystości?
   Gdyby nie to, że miałam puste usta, wyplułabym w innym przypadku całą ich zawartość na jego odzienie. Miałam przez cały wieczór zabawiać jakiegoś władcę, nie znając nawet jednej kretyńskiej formułki? A może chciał mnie wykorzystać do jakichś swoich niecnych planów względem liderki Amery? Zacisnęłam wargi w wąską linię.
- Przykro mi, ale jest to niemożliwe. - odburknęłam mało przyjemnym tonem.
- Czyżby była pani z kimś umówiona? - zdziwił się widocznie, będąc stu procentowo przekonanym o tym, że grzecznie dam się ciągnąć przez cały bal jak jakiś piesek kanapowy.
- To już nie pański interes. - zirytował mnie do reszty. Co go to obchodziło?
   W jego oczach wbrew moim zamiarom pojawił się błysk narastającego zainteresowania. Nikt mu przedtem nie odmawiał, czy co?
- Mam nadzieję, że da się pani namówić chociaż na taniec za kilka kieliszków. - rzucił na odchodnym, zostawiając mnie samą, spoglądając wymownie na to, co miałam w dłoniach przez ramię.
   Prychnęłam, odstawiając kielich z resztką szampana na tacy przechodzącego kelnera z gniewnym łupnięciem szkła o metal. Nie miałam najmniejszego zamiaru pić więcej, skoro ewidentnie tylko na to czekał.
- Nie spodobał się pani, hę? - starszy, znajomy kelner zachichotał. - Wszystkie inne damy spoglądały na panią z zazdrością podczas pańskiej rozmowy z księciem. Pragnę zauważyć, że nie zaszczycił jeszcze żadnej konwersacją po rozmowie z liderką Amerą. Pani była pierwsza.
   Coraz mniej podobało mi się to przyjęcie.
- To niech to w końcu zrobi, jest gościem, czyż nie?
   Służący we fraku pokręcił głową, nadal chichocząc, ale również odszedł. Wrota do sali balowej ponownie się otworzyły, wpuszczając kogoś, kogo najmniej w tym wszystkim się spodziewałam. Jego białe włosy prześwitywały szarościami, a także śnieżną bielą podobną do mojej sukni. Rysy twarzy wyostrzały się w tych samych miejscach, co moje. Długa szata wielkiego mistrza zakonu czarnoksiężników wydawała się czarniejsza od wszystkiego, co znajdowało się w tej sali. Złota zapinka z rubinem lśniła jaśniej od jakiejkolwiek korony. Gdy ściągnął kaptur, a także rozsunął połacie swej peleryny, ujrzałam akselbanty splecione ze złotych nici na jego fraku. Odznaczenia magiczne rzucały się w oczy niczym u generała. Przy pasie wystawała głowica rękojeści jego klingi w kształcie sześcioramiennej gwiazdy z miedzi. Wysokie, czarne, skórzane buty jeździeckie wskazywały na to, że przybył tu konno, jak książę Alcali, lecz wiedziałam, że i tak przywiodła go tu karoca zaprzężona w co najmniej siedem pegazów. Obserwowałam z zapartym tchem, jak jegomość podszedł do rudowłosej liderki z pogodnym uśmieszkiem.
- Cała przyjemność po mojej stronie, panno Amero. - rzekł zamiast powitania.
- Kimże pan jest i po co tu przybył? - całe zbiegowisko arystokracji zwróciło się ku niemu, zatrzymał nawet muzykę płynącą z pobliskich instrumentów, na jakich grali tutejsi grajkowie z Elcrys.
   Roześmiał się w sposób, który bardziej przypominał melodię, niż prawdziwy śmiech. Każdemu ruchowi, każdemu naciągnięciu mięśni poświęcał jakby kilka sekund, by wydawały się bardziej majestatyczne. Czułam, jak odpływa mi krew z twarzy.
- Zwą mnie Nevan Il' Sha'Onell, jestem wielkim mistrzem zakonu, do którego należą dwie twoje towarzyszki na tym balu. - jego słowa wbijały się w moją skórę, jak gwoździe do trumny. - Przybyłem tutaj, by się z nimi zobaczyć, a co więcej poznać panią i jej nowo poznanych sojuszników.
   Powiedział na głos nazwę mojego rodu.
   Naszego rodu.
- Witamy w naszych skromnych progach. - zdezorientowana Amera dygnęła przed nim z wypisanym szokiem na twarzy.
   Byłam już chyba na w pół martwa.
   Mój brat wrócił. 

Alcali?

Od Alcaliego do Proserpine

Data:
9 września 2017
Komenatrze:
Brak komentarzy
Ostatni raz przejrzałem się w lustrze i opuściłem twierdzę. Na zewnątrz czekali już Vertus, Elentiya i dwa demony, mające być moimi strażnikami na przyjęciu. Co prawda, nie potrzebowałem dodatkowej ochrony, lecz Vertus uparł się że będę wyglądał bardziej wiarygodnie. Dosiadłem potężnego, karego ogiera i spojrzałem po towarzyszach. Oba demony miały na sobie lekkie zbroje i hełmy, zasłaniające ich twarze. Elentiya ubrana była w czerwoną, długą suknię, a zapewne pod nią miała pełen arsenał sztyletów i innych zabawek, siedziała na gniadej klaczy bokiem, podwijając suknię i odsłaniając rubinową podwiązkę. Gdy zauważyła, że jej się przypatruję, delikatnie opuściła materiał. Vertus ubrany był podobnie jak ja, biała koszula, czarne spodnie i ciemny płaszcz. Jednak on nie posiadał szabli z pyskiem wilka. Uśmiechnąłem się do przyjaciela i pogoniłem wierzchowca do cwału, gnając przez las do Siedziby Lidera.

Zeskoczyłem z konia i zmierzyłem spojrzeniem zamek. Na ramieniu przysiadł mi czarny orzeł, ponownie wyciągając nogę z zaproszeniem, przynajmniej się nie spóźnił. Chwilę po mnie na miejsce dotarli moi towarzysze, z Vertusem na czele. Uśmiechnąłem się chytrze i odsunąłem się na tyle, by mogli przywiązać konie do słupka. Pogłaskałem orła po łbie i ściągnąłem zaproszenie z jego nogi. I tak Lord nie będzie tego pamiętał, a niech wie że umiem być dobry. Gdy demony ustawiły się za mną, a Elentiya i Vertus po moich bokach, ruszyliśmy w stronę wejścia do Zamku. Przy wrotach stało dwóch strażników, którzy sprawdzali zaproszenia. Podałem jednemu z nich papier, ten spojrzał na niego, potem przeniósł wzrok na mnie i otworzył wrota, wpuszczając mnie do środka. Rozejrzałem się po sali, a potem spojrzałem na Elentiyę. Dziewczyna skinęła głową i odeszła razem z Vertusem.
Zbliżyłem się do kobiety, stojącej przy jednym z długich stołów, rozmawiającą z kilkoma wilkami. Amera odwróciła się do mnie i zmierzyła mnie spojrzeniem, przenosząc wzrok na moich strażników.
- Witaj, Liderko Amero.- ukłoniłem się.- Twoje zaproszenie jest dla mnie zaszczytem.
Wyprostowałem się i i obdarzyłem kobietę jednym z moich najlepszych uśmiechów.
- Ty zapewne jesteś królem Murmore.- kobieta uśmiechnęła się.
- Tym prawdziwym, pani.- na moim ramieniu ponownie siadł czarny orzeł.- Mówi mi Alcali, wolę załatwiać wiele rzeczy bardziej oficjalnie.
Nagle do sali weszła kobieta o włosach dziwnego koloru i fiołkowych oczach. Skądś ją znałem, gdzieś widziałem już te oczy.
Fiołkowe.

Proserpine?

Od Vertusa do Melairene

Data:
9 września 2017
Komenatrze:
Brak komentarzy
Stwórca powołał cztery żywioły, aby stworzyły własne wymiary, po to, żeby jego dzieci mogły tam zamieszkać. Powietrze stworzyło świat, pełen latających wysp. Woda stworzyła
wymiar prawie całkowicie zalany wodą. Ziemia natomiast stworzyła dwa światy. Była to Ziemia i Wendar, później nazwany Niebem. Ogień zaś stworzył Edom, miejsce pełne wiecznych płomieni i
wulkanów, miejsce suche i pozbawione życia. Stwórca obejrzał wszystkie światy i zaczął pracę
nad swoimi dziećmi, nad ludźmi, wilkami i innymi stworzeniami. Świat Powietrza zajął On i reszta
bóstw z różnych kultur oraz anioły, świat Wody pozostał nietknięty, zaś w zamian, żywioł mógł tam zostać. Powietrze zostało więc u siebie, a Woda przeniosła się do swojego wymiaru pod postacią
kobiety. Światy Ziemi natomiast zostały pochwalone przez samego Stwórcę, pierwszy- Ziemię, zamieszkali śmiertelni, a także wszystkie stworzenia. Wendar mieli oni zamieszkiwać po śmierci, o ile byli pokorni. Świat Ognia został kompletnie odrzucony, gdyż Stwórca posiadał już jeden taki świat, rządzony przez Lucyfera. Ogień został więc wysłany do krainy bogini Slake, bogini chaosu, mroku i niezgody, jako iż każdy Bóg mógł posiadać własną krainę. Slake bardzo spodobał się świat Ognia, więc wraz z nim stworzyła władcę Edomu. Bogini ulepiła jego ciało z gliny, a potem tchnęła w niego życie, zapełniając go niemal całym mrokiem i chaosem, który drzemał w jej sercu. Natomiast umysł i serce istoty, stworzył Ogień, wrzucając w istotę zawzięcie, temperament, ogień i zło. I tak oto powstał Alcali, władca Edomu, gorszy od samego Lucyfera, potężniejszy od samego Stwórcy. Diabeł w czystej postaci, syn Slake i Ognia, choć nie został on spłodzony. Po jakimś czasie, Edom zapełniły największe potwory, które zginęły na Ziemi. Tak utworzyła się Piekielna Elita. Do Mroku wkrótce trafiły potężne demony, które wcześniej były aniołami- demony, które wolały Alcaliego od Lucyfera. Lord Von Havoc, będący prawą ręką władcy, skierował się więc do wymiaru Slake, aby błagać Ogień o powiększenie ziem Edomu. Tak też się stało, jednak za cenę życia Lorda Von Havoc'a. I tak oto, miejsce w Elicie zajął jego syn. Jednak następca chciał być lepszy od ojca. Złożył więc przysięgę krwi władcy. I od tego czasu był na każde jego wezwanie, w sytuacjach gdy Alcali nie panował nad swym mrokiem, to właśnie on pojawiał się pierwszy, aby władca mógł rozładować gniew na nim. Wkrótce demony stały się dla siebie jak bracia, mimo młodego wieku. Gdy już wszystko było w porządku, a władca powoli zaczął panować nad gniewem, do Edomu przybyła kobieta. Piękniejszej dziewczyny nigdy nie widzieli, oboje się w niej zakochali. Elentiya jednak wolała Alcaliego. I tak rozpętała się wojna. Von Havoc wściekł się i wzniecił powstanie, lecz nikt nie był w stanie z przeciwstawić potędze Złego. Wszyscy zginęli, a Lord opuścił Mrok na tamtejsze dwadzieścia trzy dni. Wrócił, a Alcali od razu mu wybaczył niedawne wydarzenia. Ponownie stali się braćmi, a Vertus pokochał inną kobietę. Von Havoc ponownie złożył przysięgę krwi, a potem wszyscy przenieśli się na Craerię, planując przejąć nad nią władzę.

Rozejrzałem się po uliczce i popatrzyłem na moich towarzyszy. Alcali wpatrywał się w tłum,
Elentiya wpatrywała się we mnie. W końcu biała wilczyca trąciła basiora w bok. Wilk spojrzał na
mnie, opuścił łeb i podszedł.
- Wybacz mi.- powiedział, a po jego pysku spłynęła czarna łza.- Jesteś dla mnie jak brat. Nie chcę
cię znowu stracić.
- Nic mi nie jest. Jak widzisz, żyję i mam się dobrze.- objąłem przyjaciela łapami. On zrobił zdziwioną minę, jakby to było dla niego coś obcego i niezręcznie mnie objął, jakby nie wiedział co robić. Po chwili powalił mnie delikatnie na ziemię i uśmiechnął się chytrze. Przeszedł nade mną i zniknął w tłumie.

Rozwaliłem się na szezlongu w moim gabinecie i odetchnąłem z ulgą. Alcali położył nogi na biurku, a Elentiya położyła się naprzeciwko mnie, kładąc nogi na moim brzuchu. Nagle do środka wleciał czarny orzeł i siadł przyjacielowi na ramieniu, niemal niedostrzegalnie drżąc ze strachu. Ptak wyciągnął nogę w stronę ręki mężczyzny, a czarnowłosy wziął liścik przywiązany do nogi orła. Zwierzę odleciało na drugi koniec pokoju i przemieniło się w potężnego mężczyznę o księżycowych włosach i czarnych oczach. Lord Beorne. Alcali rozwinął list i przeczytał go szybko, po czym zaśmiał się głośno.
- Co się stało?- zapytałem, odwracając głowę w jego stronę.
- Ogólnie, wczoraj ominęliśmy przyjęcie na moją cześć, a jakiś mieszczuch się pode mnie podszył.- odparł.- A najlepsze przed wami.
- Mhm.- mruknąłem, przyglądając się mężczyźnie.
- Twoja nałożnica wściekła się i wybiła okno, uciekając przez nie. Przyjęcie i tak zostało odwołane, a później okazało się, że poprzednie zaproszenie zostało przejęte przez niejakiego... Roberta Cotte.- odłożył liścik na stół.- A dzisiaj okno zostało naprawione i zapraszają mnie ponownie.
Lord Beorne stojący przy drzwiach skulił się i spojrzał błagalnie na Alcaliego.
- List został przejęty.- czarnowłosy uśmiechnął się.- Możesz mi wytłumaczyć, co do cholery się stało?
- Przepraszam, panie.- Lord opadł na kolana i przybliżył głowę do ziemi, uginając się w pokłonie.
- Przestań się płaszczyć.- warknął Alcali pod nosem, a sługa wyprostował się.
Przyjaciel podniósł się z krzesła i podszedł do członka Elity. Przerażony spojrzałem na Elentiyę, zły Alcali to nic. Lodowaty Alcali był znacznie gorszy. Czarnowłosy stanął nad gościem i uśmiechnął się. Mężczyzna zaczął się zwijać i jęczeć, mamrocząc słowa modlitwy. Diabeł zaśmiał się i ponownie wrócił do biurka.
- Wygląda na to, że dzisiaj idziemy na bal.- zaklaskał w dłonie z udawanym entuzjazmem.- Podobno twoja dziwka też tam będzie.- spojrzał na mnie i opuścił pomieszczenie, zostawiając zwijającego się Lorda na ziemi.

Melairene?
Nie wiedziałam co napisać więc zapchałam wszystko czymś bezsensownym c:

Od Melairene do Vertusa

Data:
9 września 2017
Komenatrze:
Brak komentarzy
   Dzisiaj miał być bal z okazji przyjazdu jakiegoś księcia, więc pierwszą rzeczą, jaką zrobiłam po wyjściu mężczyzn, były przygotowania do niego. Mój plan był prosty; zrobić na nim pierwsze dobre wrażenie, uwieść go i na końcu przewlec na własną stronę mamiąc go swoimi atutami. W tym celu zaczęłam się przebierać w odpowiednią, jasną suknię, a potem poprawiłam makijaż. Zaplotłam moje długie blond włosy w warkocz, w który wplotłam weń błękitną wstęgę, silnie kontrastującą z moimi ciemno granatowymi tęczówkami. Na udzie pod podwiązkę włożyłam sztylet, a z drugiej strony pod warstwami tiulu ukryłam pas z przymocowaną pochwą na szablę. Po wyjściu z namiotu czekała na mnie odpowiednia, złota karoca zaprzężona w śnieżno białe konie o potrójnych rogach, wybielonych oczach oraz chrapach. Były nadnaturalnie potężne, posiadały bowiem dwa metry w kłębie i kły zamiast zębów. Służący złożyli mój namiot, kiedy weszłam do wnętrza pojazdu, a potem założyli go na szczycie wśród reszty kufrów. Stuknęłam z niecierpliwością kryształowym obcasem w podłogę, więc wkrótce ruszyliśmy przez las na szlak do Elcrys, by później ruszyć do zamku Lidera. Powóz pędził na tyle szybko, że mijana droga zlewała się w rozmazane barwy pozbawione większego znaczenia, dlatego skupiłam się na tym, co będę musiała powiedzieć. Przygotowałam odpowiednie powitanie dla Amery. Zanim zdążyłam je przetestować, byliśmy już na miejscu. Znajome wieże zamajaczyły mi wysoko nad nami, potem pokonaliśmy usłużenie spuszczoną fosę. Wielkie, kamienne mury robiły wrażenie nie do zdobycia. W myślach widziałam, jak moja armia je forsuje prędzej czy później, by przynieść mi przywódców żywych lub martwych. Uśmiechnęłam się sama do siebie. Rumaki przeszły w dystyngowany dla tej rasy olbrzymów, kłus. Okrążyły dwukrotnie fontannę z wyrzeźbionymi wilkami z marmuru, a wtem zatrzymały przed wrotami, u których stała rudowłosa kobieta o równie szafirowych oczach, co moja dzisiejsza suknia. Zabawne było to, iż Amera nigdy nie nosiła insygniów władzy, ani nie wydawała się na pierwszy rzut oka politycznie aż tak istotna. Wyszłam z karocy, pozdrawiając ją skinieniem głowy.
- Bądź pozdrowiona, Liderko Amero. - ta machnęła lekceważąco ręką.
- Mów mi po imieniu, wiesz, że nie lubię tytułowania. - uśmiechnęła się krzywo.
- Pragnę tylko podkreślić mój szacunek wobec ciebie podczas tak ważnego strategicznie spotkania. Mam nadzieję, że warunki paktu pokojowego z nowym przybyszem pójdą ci równie łatwo, jak machanie ręką na istotne zasady etykiety.
   Liderka zaśmiała się serdecznie, na co odpowiedziałam jej równie szczerym chichotem. Weszłyśmy razem do wnętrza jej urokliwego pałacu, a widząc dalszy brak obecności jej męża, posłałam jej współczujące spojrzenie, co ona skwitowała jedynie wzruszeniem ramionami.
- Wyjechał w ważnej sprawie. - rzuciła jedynie w kwestii wyjaśnienia, a ja uprzejmie nie dopytywałam się już o nic więcej.
   Krocząc po długim, czerwonym dywanie w towarzystwie pustych zbroi rycerskich czułam się niemal całkowicie pozbawiona ochrony strażniczej w tym przybytku. Zawsze zazdrościłam Amerze tego stoickiego spokoju ducha, pozbawionego wiecznego niepokoju dotyczącego czyjejś nagłej napaści, czy rozpoczęcia wojny z którejkolwiek ze stron zewnętrznych, czy wewnętrznych. Jej idea sprawowania władzy była dla mnie w większości pozbawiona sensu, ale jakimś cudem utrzymywała cały Diamentowy Kontynent w ryzach, czego szczerze jej zazdrościłam. Ja miałam jedynie swoje nielegalne Yeaslah w pomiędzy wymiarach, zaklęty Dwór i Corvum, w którym szkoliłam nowych adeptów mej sekty, a do tego tłumy Pieczęci na rozkazy w każdej dosłownie chwili. Nawet teraz wyczuwałam przy sobie obecność Astarotha.
   Prędzej czy później doszłyśmy do komnat gościnnych, gdzie czekał na nas ów jegomość. Na pierwszy rzut oka w ogóle jednak nie przypominał księcia, tylko typowego mieszczucha. Wyczułam intuicyjnie podstęp, ale postanowiłam wziąć udział w tym teatrzyku i robić dobrą minę do złej gry, więc zaczęłam otwarcie traktować mężczyznę niczym prawdziwego spadkobiercę jakiegoś tronu z dalekich stron. Skłoniłam się przed nim w prostym, aczkolwiek równie taktownym dygnięciu, jednak kiedy podnosiłam nań wzrok, był on pozbawiony jakichkolwiek emocji. Obcy zadrżał na całym ciele, widząc ten przenikliwy laser naszpikowany lodem kłującym go w duszę.
- Witam jaśnie pana.
- Lady musi nazywać się Melairene. Ta od sekty.
   "Ta od sekty" spiorunowała go jeszcze gorszym rodzajem spojrzenia.
- Dla takich jak lord, Imperatorka Melairene. - wyjaśniłam głosem zabójczyni.
   Odchrząknął. Amera zaśmiała się w głos, widząc jego zakłopotanie moją dumą oraz łatwością doprowadzania do takich sytuacji, gdy ktoś wyższej rangi czuł się przy mnie gorzej niż plebejusz.
- Może napijemy się wspólnie herbaty? - zaproponowała, rozładowując napiętą atmosferę.
   Usiadłam z godnością królowej na jej szkarłatnej sofie ze złotymi obramowaniami, przed pięknym, mahoniowym stolikiem do kawy z lwimi łapkami w stylu ludwikowskim, czego zapewne nawet nie wiedziała. Ten przygłup po drugiej naszej stronie obserwował czujnie moje rozluźnienie w takiej sytuacji, gdy na jego plecach intensywnie skraplał się już pot. Usiadł na fotelu cały zesztywniały, a gdy kamerdyner podał mu na srebrnej tacy jako pierwszemu filiżankę, ręka mu drgała, a co więcej trzymał ją w tragicznie nieodpowiedni sposób. Prychnęłam, doprowadzając go niemal do zawału. Wtedy siwowłosy mężczyzna we fraku obsłużył panią tych włości i dopiero wtedy mnie. Co zabawne, nawet Amera bacznie przyglądała się temu, w jaki sposób chwytam filiżankę, potem spodek i kładę sobie ów zestaw na stoliku. Musiała być przez te kilka sekund pod wrażeniem.
- Chciałabym przed przejściem do rzeczy zaprosić was oboje na bal z okazji pańskiego przyjazdu. Odbędzie się on dzisiejszego wieczoru... - oboje skinęliśmy głowami, w sensie ja szybciej, a on skopiował po mnie ów ruch. -...mam nadzieję, iż zagości pan u nas na dłużej.
- Och, wszystko w miarę mych możliwości oraz obowiązków, jakie na mnie spadły po śmierci ojca... - zaczął się głupio tłumaczyć z historyjki, którą ze litości kupiła tylko Amera.
   Cały czas patrzył się tylko na jej łaskawe oblicze, bowiem na moim było wymalowane: "Stary, jesteś martwy ze ten stos kłamstw, na którym za chwilę spłoniesz". Zajęłam się więc przez tamten moment przyglądaniem skromnym dekoracjom wnętrza, zestawieniom barw oraz twórczej krytyce na ów temat w myślach. Przerywaniego jego kretynizmu było bowiem nietaktowne, ponadto byłam tam przecież gościem.
   Wtedy poczułam tą jedną woń. Krew. Nie daleko stąd. Grzmot. Nie, gruchot łamanych kości. Warknęłam donośnie, nie kontrolując przemiany w waderę o szaro białej sierści. W jednech chwili porwałam całą suknię, ludzka broń opadła na posadzkę z łomotem spowodowanym uderzeniem. Następną rzeczą, którą udało mi się zapamiętać, było muśnięcie szkła po tym, jak przez nie się przebiłam w mojej połowicznej formie prawdziwej mnie. Mknęłam prawdopodobnie zbyt szybko, niż są zdolne mięśnie zwierzęcia, jakim jest wilk, ale nie obchodziło mnie to. Byłam furią. Wcieleniem czegoś, co było nie pojęte dla demonów, czy aniołów. Ułamek sekundy później stałam nad ciałem Vertusa, obrywając od Alcaliego zaraz po tym, kiedy ten mu przyłożył na tyle mocno, że wilk stracił przytomność. Potężna łapa basiora spoczęła na mojej głowie, jednak wytrzymałam jego siłę, nadal stojąc w tym samym miejscu bez uszczerbku.
- Co do cholery...?! - wyszczerzył wrednie kły, widząc znikąd moje znajome oczy.
- On tylko chciał cię zatrzymać przed tym, co mogło źle skończyć się dla was wszystkich. - warknęłam, nie kontrolując tego, kiedy wniknęłam w jego umysł i ujrzałam te wspomnienia.
   Z szoku na moment się odsunął, by móc mi się przyjrzeć. Wykorzystałam to, by wbić się metalowymi szponami w bruk pod nami. Zjeżyłam dokładnie całą sierść na kryzie, której jeszcze nie pokrył metal. Nie atakowałam sama z siebie, dopóki on nie rzuciłby się na mnie w ramach zemsty za niewyparzony język. Patrzyłam prosto w jego oczy przepełnione płomieniami żądzy krwi, władzy, a przede wszystkim śmierci. Nie bałam się tego w żadnym stopniu, choćbym miała zginąć tam, dokładnie w tamtym miejscu. Nie umiałam wytłumaczyć tak naprawdę, czemu. Większość istot ma coś do stracenia. Rodziny. Majątki. Własne dusze... Ja wszystko już sprzedałam czarnoksięstwu, nie miałam ani serca do miłości, ani duszy do egzystencji pośmiertnej. Mogłam żałować tego wszystkiego, co zaprzepaściłam, zamiast skutecznie oddawać coraz więcej, ale tego też nie potrafiłam.
- Podobno go nie znałaś... - niedowierzający głos Elentiyi pojawił się zza wcielenia zła przede mną. Ujrzałam na moment jej taksujący wzrok. -...ani nie miałaś zaczynać wojny.
   Nie byłam też w pełni Craernianką. Nie umiałam postawić się ponad stukrotnie silniejszemu diabłowi, a mimo to wszystko to, czego nie powinnam i nie byłam, robiłam na raz. Mogli to nazywać, jak chcieli. Głupotą, odwagą, dumą. Jedyne, co się dla mnie w tamtej chwili liczyło, to była istota, która straciła oddech.
- To bez znaczenia. - skuliłam uszy, odwracając się ponownie w stronę Alcaliego. - Pozwól mi zwrócić mu siły, proszę.
   Władca z domu Vertusa jakimś cudem odnalazł w sobie maskę z powrotem spokojnego, beznamiętnego basiora, jakby po wybuchu ognia ktoś zalał go zimną wodą podczas zimy. Bez słowa odsunął się na kilka kroków, obserwującz bacznie, jak metal znika mozolnie z połowy mojego ciała niczym podręczna zbroja. Elentiya zbliżyła się ciut bliżej, również obserwując moje poczynania. Ja tymczasem rozjerzałam się po tłumie gapiów, odnajdując właściwe, fiołkowe tęczówki Proserpine. Wadera z charakterystyczną plamą na nosie wysunęła się naprzeciw nas wszystkich, stając po mojej lewej.
-Słono mi za to zapłacisz. - burknęła donośnym szeptem, wyraźnie zaznaczając, że nie robi tego dla mnie, ani dla Vertusa, tylko dla pieniądzy.
   Jedyne, na co było mnie wtedy stać, to obojętne wzruszenie ramionami. Odsunęłam się odrobinę, robiąc dla niej miejsce. Wilczyca zbliżyła się, wyciągając ze swojej skórzanej torby odpowiedni eliksir. Wyrwałam go z jej pyska i natychmiast wlałam Vertusowi do gardła, odpowiednio przesuwając łapą, by go połknął, nie roniąc przy tym ani jednej kropli. Jedyną wadą tej mikstury było to, że przy złamanych kościach, od razu je nastawiał w odpowiedni sposób, by je złączyć, co bywało niejednokrotnie dość bolesne. Użyłam wówczas mojej specjalnej mocy, by złagodzić ten ból, mamiąc jego umysł odpowiednią senną marą. Po kilku minutach odzyskał zdolność oddechu, nie czuł więcej bólu, jego kark został nastawiony, ani nie posiadał wstrząsu mózgu, czy kawałków czaszki wbitych w ten jakże ważny organ. Rzuciłam w stronę Proserpine mieszek odpowiedników solarów w zakonie czarnoksiężników. Jego waga ją zadowoliła, więc bez pożegnania zniknęła z powrotem w tłumie. Ja byłam zajęta gapieniem się na podnoszącą się klatkę piersiową Vertusa, na to, jak wyrównywał oddech. Każdy jego ruch był dla mnie wart więcej, niż moje własne istnienie. Oddech. Bicie serca. Czym ja byłam przy tym? Garścią popiołu, skruszonego metalu. Czymś, co kiedyś i tak rozwieje wiatr po którejś źle rozegranej bitwie, nie godnej zapisu w jakichkolwiek księgach. Kiedy jego powieki zaczęły się z powrotem podnosić, a on łapał ostrość wzroku, odsunęłam się, aby ruszyć w drogę do Dworu. Minęłam bez słowa Alcaliego i Elentiyę tak, jakby właściwie nic się nie stało, bo mijaliśmy się na drodze dokądś.
- Kimkolwiek jesteś i skądkolwiek pochodzisz, wiedz, iż nie przetrzymasz burzy.
   Nie wiedziałam do czego się odniósł. Do tego, kim tak naprawdę był Vertus, czy on sam?
- To ja jestem burzą. - powiedziałam bardziej do siebie, niż do niego, znikając w tłumie tak jak Proserpine.
   Czułam w trzewiach jak czarny basior się uśmiechnął złośliwie.
   Melairene?
   Nie obejrzałam się za nim, zostawiając go samego ze swoimi starymi przyjaciółmi.

Vertus?

.:AKTUALNOŚĆI:.

Nowa aktualizacja watahy będzie już niedługo :D Encyklopedia już prawie zapełniona, poczekajcie jeszcze troszkę! ~ Amera

Od teraz można być człowiekiem! Zapraszamy do wysyłania zdjęć lub artów twojej postaci jako człowieka.

.:TOPKA:.

© 2017 Eternal Wolves.
All rights reserved.
Design by Agata.